Autor:
Magdalena 'Iman' LitwinRedakcja: Michał 'Thoctar' Małysa

Rick Riordan dopiero debiutuje w Polsce, mimo iż w swoich rodzinnych Stanach jest bardzo popularny. Jego amerykańska sława wiąże się z cyklem
Percy Jackson i bogowie olimpijscy, który za oceanem liczy sobie już pięć tomów. Pierwsza część ukazała się tam w 2005 roku, u nas – w maju roku bieżącego. Mam jednak wrażenie, że polscy czytelnicy nie ucierpieliby za bardzo, gdyby nie zapoznali się z losami Percy'ego Jacksona.
Złodziej pioruna rozpoczyna historię tego chłopca w momencie, gdy ma on dwanaście lat. Od dzieciństwa ma problemy z nauką, jest dyslektykiem, a w dodatku co roku trafia do innej szkoły, ponieważ z każdej kolejnej wyrzucają go ze względu na dziwne wydarzenia, które towarzyszą zawsze akurat jemu. Percy'ego poznajemy, kiedy wraz ze swoim przyjacielem Groverem jedzie na szkolną wycieczkę do muzeum. Na miejscu okazuje się, że nauczycielka od matematyki nie jest zwykłą kobietą, a potworem, którego Percy błyskawicznie pokonuje dzięki tajemniczemu długopisowi, który po odetkaniu zatyczki zamienia się w wielki miecz. Od tej chwili nic w życiu chłopaka nie jest takie samo, a po jakimś czasie okazuje się, że jest on herosem, czyli synem jednego z bogów olimpijskich; nie wie tylko którego. Natychmiast wychodzi na jaw, że wszystkie ułomności są tak naprawdę dowodem jego geniuszu i Percy zostaje wysłany z misję uratowania świata – musi odzyskać skradziony Zeusowi piorun, insygnium władzy i zapobiec wielkiej wojnie pomiędzy bogami.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Fabuła zdaje się być na pierwszy rzut oka ciekawa, niemniej kompletnie zawodzi płaszczyzna szczegółów. Przede wszystkim w książce jest bardzo dużo elementów, które przywodzą na myśl
Harry'ego Pottera, z tą tylko różnicą, że nie chodzi o czarodzieja, a o półboga. Wystarczy przyjrzeć się bliżej samemu początkowi powieści – Percy robi dziwne rzeczy, nie wie, jak to się dzieje, ale odkrywa, że różni się od innych. Stale grozi mu wywalenie ze szkoły. Mieszka w internacie i rzadko wraca do domu. Jest zagubiony, bo wszyscy dookoła coś mają, a on nie (w przypadku Harry'ego chodziło o rodziców, Percy natomiast, w przeciwieństwie do kolegów, pochodzi z biednej rodziny). Wyraźne jest także podobieństwo w tytułach obu cykli. Kiedy Percy wyrusza w swoją wielką misję, towarzyszy mu – jakżeby inaczej – dwójka przyjaciół: nieco nieporadny chłopak i trochę przemądrzała dziewczyna. Różnicą są tu tylko realia, aczkolwiek oba cykle opierają się na wizji, w której w naszym normalnym świecie istnieje miejsce niedostępne zwykłym ludziom, gdzie żyją wyjątkowe istoty obdarzone szczególnymi zdolnościami.
U Riordana zdenerwowało mnie także natrętne gloryfikowanie Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza Nowego Jorku. Przy pompatycznej ideologii jakoby bogowie olimpijscy przenieśli w dzisiejszych czasach swoją siedzibę do USA, ponieważ jest to wielka potęga Zachodu i serce cywilizacji, miałam ochotę wyrzucić tę książkę przez okno.
Niesamowicie irytujące były też pierwsze strony powieści, na których bohater (narrator pierwszoosobowy) przedstawia się i opowiada o swoim życiu. Podobnie jak w innym cyklu młodzieżowym,
Maximum Ride Jamesa Pattersona, autor stara się tutaj "podlizać" młodym czytelnikom. W
Złodzieju pioruna robi to, głosząc opinię jaka to szkoła jest beznadziejna i nudna oraz jak to strasznie torturuje się uczniów wycieczkami do muzeum, każąc im oglądać jakieś stare i nic nie warte rupiecie. Nie uważam, że książki rozrywkowe dla młodzieży muszą jakoś nachalnie pełnić również rolę edukacyjną, ale to już chyba lekka przesada.
Książka przesycona jest także przesadnym dramatyzmem, co widoczne jest w niektórych tytułach rozdziałów, na przykład:
"Rzucam się w objęcia śmierci" (rozdział trzynasty). Oczywiście Percy na początku nic nie wie o swoim pochodzeniu, niewiele umie, ale natychmiast jest w stanie zabić Erynię mieczem, który po raz pierwszy w życiu trzyma w ręku. Poza tym w misji, którą wypełniają bohaterowie, czasami stosowane są tak naiwne chwyty, które mają im przeszkodzić w realizacji zadania, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.
Krótko mówiąc, nie odnajduję w
Złodzieju pioruna zbyt wielu zalet. Brnęłam przez książkę z przymusem, dopiero pod koniec zaczęłam być ciekawa, co stanie się dalej. Przez około 120 pierwszych stron bohater mozolnie odkrywa to, czego czytelnik jest w stanie domyślić się po 50, zwłaszcza jeśli przeczytał wcześniej jakiekolwiek informacje o książce. Mam wrażenie, że zawiodła tutaj warstwa narracji, a w dodatku autor postanowił wejść w sprawdzony już schemat powieści o chłopcu – bohaterze. Gdyby spróbował opisać to inaczej, mógłby o wiele lepiej wykorzystać wykreowane przez siebie realia. Sam pomysł był dobry, zabiło go jednak fatalne wykonanie
Waszym zdaniem...