Autor:
Karolina 'Kyana' Żuk-WieczorkiewiczIlustracje: Alicja 'Vermiliona' Stefańska
Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Morganath kilkakrotnie zaproponował Aslai powrót do Carn, lecz księżna za każdym razem potrafiła zręcznie wyperswadować mu podobne pomysły. Mortigan nie miała pojęcia, jak Aslaya to robi; najwyraźniej w jej rodzinnej Gverni biegłość w snuciu intryg mieściła się w poczcie podstawowych cnót niewieścich, podczas gdy w Carn w ogóle nie przywiązywano do tego wagi. Książę Carn jednak przybył odwiedzić żonę i Mortigan znów musiała przybrać na siebie postać księżnej. Wprawiło ją to w tak podły nastrój, że nawet Morganath nie zdołał z nią długo wytrzymać. Propozycje, by książęca małżonka wróciła do stolicy, skończyły się definitywnie, sam książę zaś nie kwapił się z kolejną wizytą. Mortigan przyjęła to z ulgą. Zmiany wyczerpywały ją coraz bardziej i każdą musiała odkupić paskudnym bólem głowy.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Aslaya wydawała się jednak wcale nie cieszyć ze spadku zainteresowania księcia jej osobą. Konieczność odosobnienia doprowadzała ją do szaleństwa i księżna gorliwie dawała temu wyraz. Służba starała się bardziej niż zwykle schodzić jej z drogi. Mortigan miała więcej odwagi, więc to na niej skrupiał się zły humor księżnej. Czarodziejka nie pozostawała dłużna, toteż dochodziło między nimi do regularnych kłótni, w których każda ze stron za punkt honoru stawiała sobie postawienie na swoim.
Wkrótce czarodziejka i księżna nie mogły na siebie patrzeć. Mimo to lgnęły do siebie, jakby przyciągane magnesem wzajemnej niechęci, gorącej i szczerej jak mało która miłość. Bywało, że rozmowa nie zamieniała się w kłótnię i wówczas Mortigan myślała nawet, że gdyby nie obopólna zazdrość o Morganatha, mogłaby Aslayę polubić. Ale Aslaya odebrała jej ukochanego, podobnie jak Mortigan odebrała Aslai jego miłość. Obie pozostawały więc nienasycone i o porozumieniu nie mogło być mowy.
Mortigan czuła się coraz gorzej nie tylko za sprawą Aslai. Przyszły dziedzic Carn czasem sprawiał wrażenie, jakby naprawdę był dzieckiem księżnej, bo z nadzwyczajnym upodobaniem uprzykrzał Mortigan życie. Niech dzieje się, co chce, myślała czarodziejka w przypływach buntu. Niech to wszystko się skończy, nieważne jak. Naprawdę miała już dość.
Bogowie tym razem nastawili ucha.
***
Nie jest dobrze, pomyślała po raz nie wiadomo który Mortigan, widząc nad sobą ściągniętą twarz starej akuszerki. Czarownica nie zwykła przesadzać w użalaniu się nad sobą, jednak tym razem, po niemal trzech dniach męki, naprawdę zaczęła się bać.
Deszcz bębnił o dach, uparty, denerwujący swym sennym rytmem, przypominając o kolejnej nieprzespanej nocy. Za długo to wszystko trwa, pomyślała czarodziejka, zaciskając zęby na drewienku z gruszy, poczerniałym i mokrym od śliny. I najwyraźniej nie tak, jak powinno.
Kolejna fala bólu przeszyła ją na wylot. Mortigan szarpnęła głową, po rozpalonej gorączką twarzy pociekły jej łzy. Ktoś przetarł jej czoło mokrym gałgankiem. Po smukłych palcach poznała dłoń Aslai. Księżna nie spała już chyba drugą dobę, pod oczami kładły się jej głębokie cienie. Też się boi, zrozumiała czarodziejka, wciąż krzywiąc się z bólu. Cały misternie uknuty plan księżnej zawisł oto na włosku, który z każdą chwilą coraz bardziej groził zerwaniem.
– Dlaczego to tyle trwa? – Głos Aslai dobiegł Mortigan jak przez mgłę.
Akuszerka wahała się z odpowiedzią. Mortigan nie uznała tego za dobry znak.
– Nie jest dobrze, pani....
– Tyle sama widzę! – warknęła księżna. – Pytam, co możesz z tym zrobić!
Akuszerka znów chwilę milczała, nim zdecydowała się na odpowiedź.
– Dziecko musiało źle się ułożyć – burknęła stara ponuro. – Wskutek magii, być może... Nie zaradzę temu w zwykły sposób.
– Co możesz zrobić?
– Jeśli się nie mylę, mogę... – Stara zniżyła głos do szeptu, przeznaczonego wyłącznie do uszu Aslai. Mortigan nagły strach chwycił za gardło. Spróbowała się podnieść, lecz ból osadził ją z powrotem w pomiętej pościeli. Morganath, pomyślała gorączkowo, zaciskając dłonie na prześcieradle, Morganath, nie pozwól im...
– A jeśli się mylisz...? – spytała opryskliwie Aslaya. Stara pomilczała znacząco. Aslaya musiała zrozumieć; klapnęła ciężko na posłanie Mortigan i ze świstem wypuściła powietrze z płuc. – Ona umrze...
– To możliwe – stwierdziła obojętnym głosem akuszerka. – Czy nie takie było twe życzenie, moja pani?
Aslaya syknęła coś w odpowiedzi, lecz Mortigan nie dosłyszała słów. Panika nagle dodała jej sił; usiadła na łożu, odepchnęła wyciągające się do niej ręce, spróbowała wstać. Akuszerka stanęła jej na drodze; pięść Mortigan rozbiła jej nos. Stara zaklęła, krew pociekła jej z nozdrzy, plamiąc burą suknię. Czarodziejka odepchnęła ją na bok, zsunęła się z łoża, stanęła na drżących nogach, z trudem łapiąc równowagę. Aslaya przyskoczyła do niej.
– Mortigan...
– Nie dotykaj mnie!!!
Odepchnęła wyciągniętą dłoń, aż księżna syknęła z bólu; postąpiła kilka chwiejnych kroków, dopadła drzwi. Nie zaszlachtujecie mnie tu jak zwierzę, pomyślała. Niedoczekanie... Zacisnęła dłoń na klamce, szarpnęła gwałtownie. I poczuła, jakby ktoś rozrywał jej ciało od środka.
Upadając, usłyszała jeszcze szaleńczy pisk Aslai, która jakimś cudem zdołała dobiec i podtrzymać ją za ramiona, lecz sama zwaliła się na podłogę, przygnieciona ciężarem czarodziejki.
– Arre!!! Na pomoc!!!
Młody paź zjawił się w towarzystwie gvernijskiego rycerza z wyrwanym językiem. Wspólnymi siłami zawlekli Mortigan z powrotem na łóżko. Czarodziejka zwinęła się na nim z krzykiem.
– Morganaaath!!!
Skurcz przebiegł przez twarz Aslai, jej wargi drgnęły, skrzywiły się w bolesnym grymasie. Księżna odwróciła się do zielonego na twarzy pazia.
– Wezwij księcia. Szybko.
Twarz pazia, o ile to możliwe, pozieleniała jeszcze bardziej.
– Pani... Pan już...
Nie musiał kończyć. Na podwórzu ziemia zadudniła od kopyt, zamlaskała błotem.
W korytarzu zabrzmiały szybkie kroki. Aslaya zacisnęła dłonie.
Morganath stanął w drzwiach, blady z wściekłości, z kosmykami włosów wciąż lepkimi od deszczu. Aslai krew odpłynęła z twarzy, stara akuszerka przezornie wycofała się w kąt. Mortigan zwinęła się z bólu.
Wzrok Morganatha spoczął na księżnej, usta wykrzywiły się w grymas.
– Wyjdź.
– Panie mój...
– Wyjdź! Z tobą rozliczę się później... – Brutalnie odsunął Aslayę na bok i podszedł do łóżka Mortigan. Czarodziejka wciąż kuliła się z bólu. Morganath zaklął, krzyknął na akuszerkę, która podbiegła z zadziwiającą w jej wieku szybkością, nachylił się nad łóżkiem.
– Głupie, przewrotne baby – cedził przez zęby, podwijając rękawy koszuli. Z przytroczonej u pasa sakwy wydobył pęczek ziół i podał akuszerce. Kobieta pobiegła do ognia, nad którym bulgotał kociołek z wrzątkiem, zaczerpnęła porcję do czarki i wsypała zioła. Potem przyniosła naczynie z powrotem. Morganath wziął czarkę, uniósł głowę czarodziejki i przytknął jej naczynie do ust.
– Pij.
Gorący płyn sparzył jej wargi. Zakrztusiła się.
– Pij, Mortigan.
Wypiła posłusznie. Dopiero po chwili przypomniała sobie, kiedy magowie stosują zioła, których smak czuła na podniebieniu. I jakie jest ich działanie.
Ból przeszył ją niespodzianie, stokroć większy niż wszystko, czego doświadczyła do tej pory. Mortigan krzyknęła dziko; miała wrażenie, że coś rozrywa ją na strzępki, przenikając każdą komórkę ciała. Kolejna fala bólu przenicowała ją na drugą stronę. Czarodziejka nie zdołała wytrzymać więcej. Zemdlała.
Przez mgłę przebijały się zaklęcia Morganatha.
***
– Zdrada, niedozwolone zastosowanie magii, narażenie zdrowia i życia przyszłego dziedzica tronu Carn – Głos Morganatha ciął powietrze jak stal. – Czy coś pominąłem...? Ach, prawda... poważne naruszenie małżeńskiej przysięgi. Nie mówiąc o elementarnych zasadach ludzkiej uczciwości. Możecie być z siebie dumne.
Milczały obie. Mortigan spróbowała rozetrzeć nadgarstki. Wciąż nie mogła przyzwyczaić się do inahilowych bransoletek, które nałożono jej zaraz po przybyciu do zamku. Jednak sądząc z miny księcia Carn, będzie miała na to dużo czasu. Mógłby sobie tego oszczędzić, pomyślała, patrząc na połyskujące matowo obręcze. Mortigan była tak słaba, że nie zdołałaby rzucić czaru choćby na karalucha.
Aslaya wyglądała jak cień własnego cienia.
– Mogłaś zwrócić się do mnie – ciągnął książę Carn, patrząc zimnym wzrokiem na księżną. – Nie pierwszy to przypadek w dziejach, że małżonka panującego nie może mieć potomstwa. Zawsze można znaleźć jakieś wyjście. Zawsze. Ale nie, ty wolałaś wybrać to najbardziej pokrętne i ryzykowne, narażając życie dwojga ludzi. Wiedziałaś o tym. Ale uznałaś, że to lepsze wyjście niż przełknąć pieprzoną dumę i poprosić. Bałaś się, że stanie ci w gardle, czy jak?
Aslaya milczała. Mortigan wydawało się, że pobladła jeszcze bardziej, choć to graniczyło z niemożliwością. Dziw, że nie dało się przejrzeć przez nią na wylot, pomyślała czarodziejka i natychmiast skrzywiła się w duchu. Jeśli dobrze tłumaczyła sobie współczujące spojrzenia strażników i książęcego pazia, zapewne sama wcale nie wyglądała lepiej.
Piwno-zielone oczy Morganatha zwróciły się teraz na nią. Mortigan zapiekło pod powiekami; zmusiła się, by patrzeć prosto. Choć wiedziała, jak żałośnie musiało to wyglądać.
– Szanująca się wiedźma... – Książę Carn cedził słowa. – Dałaś się powieść jak kukiełka na sznurkach w coś, co mogło cię zabić. Nie tylko ciebie zresztą. – Przerwał, nieznacznie zniżył głos. – Zaprzedałaś się, Mortigan. Spróbuj jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dość ci zapłacono. Bo nie będzie ci dane nic więcej.
Mortigan zdusiła łzy.
– Dobiłyście targu – powiedział książę Carn twardo. – Dokonałyście wyboru. Głupiego, jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie, ale to już wasza rzecz, nie moja. Zdecydowałyście o tym same, miłe panie. I same poniesiecie konsekwencje.
Morganath machnął ręką, przywołując strażnika.
– Zamknąć je w wieży. Obie.
Strażnik uniósł brwi.
– Razem czy osobno...?
– Osobno. – Morganath skrzywił się z niesmakiem. – Nie jestem, kurwa, sadystą... Drogie panie. – Skłonił się aż nazbyt dwornie, a obie kobiety przełknęły ślinę. – Zapraszam do waszych nowych komnat. Liczę, że będziecie w nich miały dużo czasu na myślenie. I że wyciągniecie odpowiednie wnioski.
***
Dziedzic Carn darł się w ramionach służącej, oderwany od piersi Mortigan. Czarodziejka miała ochotę rozerwać kobietę gołymi rękami. Nie zrobiła tego. Służka wykonywała rozkazy kogoś, kogo obawiała się bardziej niż spętanej inahilem wiedźmy. Dlatego Mortigan tylko oparła z rezygnacją głowę o kamienny mur i wymamrotała kolejne przekleństwo pod adresem Aslai. Aslaya po drugiej stronie muru zapewne nie pozostawała jej dłużna.
Szczęknął zamek. Do komnaty na wieży wsunęła się zakapturzona postać w burej opończy. Jak setki razy przedtem skinęła na służkę i przepuściła ją przez ciemny otwór drzwi. Jak setki razy przedtem po wyjściu służącej ponownie przekręciła klucz w zamku.
Od środka – jak nigdy przedtem. Mortigan ze zdziwieniem uniosła głowę.
Postać odwróciła się w jej stronę, zsunęła z głowy kaptur. Spod ciemnych, niesfornych włosów błysnęły oczy o niemożliwym do pomylenia kolorze tęczówek.
No tak. Mogła się domyślić.
– Nie spodziewałam się ciebie tutaj – powiedziała.
– Wiem.
– Gniewasz się.
– Nie wyobrażasz sobie. – Morganath usiadł obok na ławie. Tak blisko... A ona nie śmiała choćby ręką ruszyć. Nie sądziła, że kiedyś do tego dojdzie.
– Od dawna wiedziałeś? – spytała cicho.
– Od początku.
Spodziewała się, że Morganath wcześniej zorientował się w knowaniach Aslai; wszystko szło nazbyt gładko, by dało się to wytłumaczyć splotem szczęśliwych okoliczności. Jednak odpowiedź zaskoczyła ją. Potrząsnęła głową.
– Skąd... – zaczęła i natychmiast zamknęła usta, przypomniawszy sobie zaufanego posłańca Aslai. Uśmiech Morganatha potwierdził jej domysły. Trzeba było gówniarza utopić, pomyślała czarodziejka ponuro. W przypadku wiedźm pierwsze myśli na ogół bywają trafne.
Pochyliła głowę, czując, że ogarnia ją nagła złość. Mógł to powstrzymać, pomyślała. Zanim obie z Aslayą zabrnęły tak daleko, że nie było odwrotu... Dlaczego, do cholery, tego nie zrobił? Dlaczego...
– Mógłbym zapytać cię o to samo, Mortigan – powiedział Morganath spokojnie. – Jednak żadna z was nie wydawała się zainteresowana, by pytać mnie o zdanie.
Bolało. Najbardziej to, że miał rację. Mortigan zacisnęła zęby i pochyliła głowę jeszcze bardziej.
– Ty też dobrze odegrałeś swoją rolę – wychrypiała.
– Ja nie musiałem grać żadnej. – Zwrócił ku niej oczy. – Ty także nie. Dlatego pojąć nie mogę, dlaczego się na to zgodziłaś. W końcu Aslaya musiałaby zwrócić się do mnie, a efekt byłby taki sam. Tyle, że znacznie mniej bolesny dla wszystkich... no, może z wyjątkiem księżnej, bo musiałaby się nauczyć pokory. Ale to akurat dobrze by jej zrobiło.
Nie odpowiedziała. Głupia wiedźma, odezwał się pod czaszką złośliwy głos, myślała, że uda jej się przechytrzyć maga. Ot i masz za swoje.
Zamrugała, by ukryć rozczarowanie.
– Jak długo tu zostanę?
– Tyle, ile będzie niezbędne – odparł książę. – Potem opuścisz zamek. Sama – dodał, widząc nieśmiałe iskierki nadziei w jej oczach. – Zawarłaś przymierze z księżną. Dotrzymasz go do końca. Aslaya również.
Milczała. Morganath sięgnął za połę opończy i podał Mortigan opieczętowany pergaminowy zwój. Czarodziejka obrzuciła go wzrokiem. Akt nadania ziem w północnym Halden, sygnowany drżącym podpisem Aslai. Wraz ze zobowiązaniem "zaniechania wszelkich wstrętów względem Mortigan z Wrzosowisk, czarodziejki". I pomyśleć, przez chwilę miała nadzieję, że...
Miała ochotę się rozpłakać.
– Dokonałaś wyboru, Mortigan. – Słowa księcia zabrzmiały jak wyrok. – Znałaś konsekwencje...
– Zatem muszę je przyjąć – dokończyła, starając się panować nad głosem, w którym mimo jej wysiłków nadal dało się słyszeć delikatne drżenie. – Takie jest prawo magii...
– Nie. – Morganath potrząsnął głową. – Takie jest moje prawo, Mortigan.
Wstał. Mortigan poczuła ucisk w gardle.
– Co z moim synem? – spytała głucho.
– Zostanie tutaj. W swoim czasie stanie się władcą Carn. Obawiam się jednak... – Morganath uśmiechnął się smutno. – Obawiam się, że wówczas nie będzie już ciebie pamiętał, czarodziejko...
Mortigan przez długą chwilę walczyła ze łzami. Przegrała.
Morganath westchnął.
– W przyszłości staranniej dobieraj sobie zlecenia, Mortigan.
– Nie musisz mi tego mówić. – Wiedźma skrzywiła boleśnie usta. – Ten wniosek, mój książę, zdążyłam wysnuć już dawno.
Książę Carn stał chwilę, milcząc. Potem niespodziewanie nachylił się i dotknął jej policzka, odsuwając na bok brunatny lok.
– Gorzką miarą ci odpłacono, czarodziejko – powiedział cicho. – Należało zażądać więcej.
Odwrócił się, podszedł do drzwi, wymamrotał zaklęcie. Zapadki w zamku przestawiły się same, drzwi otworzyły się bez najlżejszego skrzypienia. Książę Carn odwrócił się w progu.
– Halden to piękne ziemie – rzekł. Mortigan spojrzała na niego ponuro. – Żal byłoby ich kiedyś nie odwiedzić...
Dopiero po chwili zrozumiała, o czym mówi.
– Do zobaczenia, Mortigan.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Poprzednie części:
Pierwotna wersja opowiadania opublikowana została na portalu Fantasy Word
Waszym zdaniem...