Autor:
Jacek 'vanderus' DworzyckiRedakcja: Michał 'M.S.' Smętek

Andrzeja Pilipiuka nikomu nie trzeba przedstawiać. To bez wątpienia jeden z najpopularniejszych obecnie polskich pisarzy fantastycznych. Przez jednych uwielbiany, przez drugich nienawidzony, ale z pewnością nie anonimowy. Bardzo twórczy, z licznymi publikacjami na koncie, znany jest głównie z jednego powodu. To on powołał do życia Jakuba Wędrowycza. Postać nietuzinkową, charakterystyczną, która już na trwałe wpisała się do polskiej literatury rozrywkowej. Kolejne zbiory opowiadań z przygodami tego egzorcysty amatora biją rekordy popularności. Ale czy rzeczywiście jest to literatura, którą warto poznawać? Czy też może Pilipiuk powiela już tylko pomysły wcześniej zaprezentowane? Po lekturze
Zagadki Kluby Rozpruwacza mam raczej mieszane odczucia.
Autor prezentuje nam w tym zbiorze aż dwadzieścia trzy opowiadania, co samo w sobie powinno czytelnika cieszyć. Licząc bowiem, że jedno, dwa czy trzy mogą być słabsze wciąż jest wiele, które mogą rozbawić i zapewnić kilka miłych chwil. Jednak zauważyć trzeba, że wszystkie te teksty zmieściły się na niecałych czterystu stronach i to wliczając jeszcze ilustracje. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, iż jest w
Zagadce... kilka dłuższych tekstów, okazuje się nagle, iż większość opowiadań to raczej kilkustronicowe szkice, a nie porządne historie.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Właśnie tu rodzi się mój pierwszy zarzut w kierunku autora. Jakkolwiek bowiem by nie oceniać poziomu poszczególnych opowieści, to jednak ciężko, by zachwyciły nas takie, które mieszczą się na kilku stronach tekstu. Jak najbardziej mogłyby one stać się podstawą scenariusza na dłuższe formy literackie, ale w takiej postaci, w jakiej je tutaj zaprezentowano, są niestety marne. Tematy w nich poruszane, zwłaszcza
Uczeń szewca: majstersztyk – czyli wizyta gościa z przyszłości,
Kotłownia – czyli Jakub w więzieniu lub
Matryca aż proszą się, aby uczynić z nich pełnoprawne opowiadania. Szkoda, że autor tego błagania nie usłyszał.
Natomiast wiele spośród tych krótkich form w ogóle nie powinno trafić do druku.
Kostucha o spotkaniu ze śmiercią,
Tunel czy
Tajemnica kwaśnego samogonu mogłyby co najwyżej urozmaicić jakiś informator konwentowy, będąc swoistym prezentem od autora dla organizatorów i uczestników. Do pełnoprawnego zbioru opowiadań w mojej opinii jednak się nie nadają.
Generalnie owych krótkich form mamy łącznie dwanaście. Jednak spójrzmy na to z dobrej strony – oznacza to, że w
Zagadce Kuby Rozpruwacza znalazło się aż jedenaście dłuższych historii. Pierwsza grupa, wcale nienajlepsza najlepsza, to historie wycieczkowe. Tych tekstów jest aż pięć –
Wycieczka,
Wyprawa,
Głowa,
Jakub na tropach Yeti oraz
Zamek. W historiach tych w Wędrowyczu budzi się chęć poznania świata i trafia on w różne intrygujące zakątki świata. Odpowiednio – Egipt, Norwegię, Peru, polskie góry i Rumunię. Opowiadania te generalnie trzymają równy poziom i można powiedzieć, że są dobre. Dobrze się je czyta, nie kończą się zaraz po rozpoczęciu, a i zawartość humoru trzyma w nich odpowiednio wysoki procent.
Oprócz przygód Jakuba na wyprawach, mamy jeszcze sześć innych tekstów i to właśnie w tej grupce zawierają się najlepsze opowiadania ze zbioru. Są to opowieści z odwiedzin Jakuba w rzeczywistości alternatywnej składające się na
Jakub Wędrowycz i siedmiu krasnoludków, historia znajomości ze Świętym Mikołajem -
Wigilijna rozgrywka, wyprawa w czasie w tytułowym
Zagadka Kuby Rozpruwacza oraz
Rosyjska ruletka. Zwłaszcza to czwarte opowiadanie zasługuje na słowo komentarza. Stworzone razem z Konradem T. Lewandowskim jest po prostu najlepsze w tym zbiorze. Spotkanie redaktora Radosława Tomaszewskiego z
"Obleśnych Nowinek" z Jakubem Wędrowyczem jest niezapomnianą zabawą literacką.
Na koniec pragnę jeszcze polecić jeden z owych krótkich tekstów, o których wcześniej pisałem. Jest bowiem wśród nich jedna perełka, którą koniecznie trzeba znać. Wielki Grafoman staje w
Spotkaniu z narodem przed ciężkim zadaniem opisania na zlecenie pewnych skądinąd znanych osób. Forma krótka, a szkoda – tu również pomysł jest taki, że można by z tego zrobić porządne, rozbudowane opowiadanie.
Próbując podsumować tę odsłonę wędrowyczowskich historii, trzeba wspomnieć przede wszystkim o przede wszystkim rzucającym się w oczy ich nierównym poziomie. Wygląda to tak, jakby autor miał kilka tekstów wartych publikacji, ale w zbyt małej ilości na porządną książkę. Wypełnił ją więc krótkim tekścikami, licząc, że czytelnikom i tak nie zrobi to większej różnicy. Właśnie ze względu na to rozrzedzanie porządnej literackiej gorzałki kranówą owych
shortów daję zbiorowi zdecydowany minus. Co nie znaczy, że całości nie da się spożyć, wprawiając się jednocześnie w miły nastrój...
Waszym zdaniem...