Na granicy gatunków
Autor:
Marcin 'malakh' ZwierzchowskiRedakcja: Klaudia 'Marigold' Najdowska

Krzysztof Kochański jest przez wydawcę opisywany jako autor, który:
"stara się wnieść nowe treści w różne odmiany fantastyki". Słowa te rzeczywiście bardzo dobrze oddają charakter prozy tego twórcy, którego trudno byłoby jednoznacznie przyporządkować do fantasy czy science fiction. W opowiadaniach zawartych w
Zabójcy czarownic Kochański skłania się bardziej ku SF, jednakże w tle wciąż pojawiają się elementy nadprzyrodzone. Jakkolwiek w przypadku tekstu tytułowego można by dyskutować, czy moc czarownicy należałoby nazwać magią, czy też jest to skutek mających naukowe podłoże (genetycznych?) przemian, tak już chociażby w
Naletniku, Wężu Ognistym autor bardziej otwarcie pełnym garściami czerpie z dominium Tolkiena. Również w
Sen o potędze Kochański wplata konwencję fantasy, kiedy pada sugestia, iż cały istniejący wszechświat może być tylko snem pewnego bóstwa. W owym "uciekaniu" w fantasy przypomina nieco klasyków gatunku - Ursulę K. Le Guin, a w szczególności Poula Andersona, który w podobny sposób – przenosząc akcję opowiadania na obcą planetę – płynnie przechodził od konwencji SF do osadzonej w na poły magicznym Never-never landzie (a raczej: Never-never planet) historii. Chociaż niekiedy, jak w przypadku
Łyżwiarza, kolonizacja nowej planety nie staje się punktem wyjścia dla snucia pełnej nadprzyrodzoności historii, ale raczej zobrazowania możliwości adaptacyjnych człowieka – zarówno tych fizycznych (mróz), jak i psychicznych (nieśmiertelność).
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Kiedy Kochański pisze teksty jednoznaczne gatunkowo, częstokroć porusza w nich motyw apokalipsy. Oprócz wspomnianego wcześniej
Naletnika…, którego akcja rozgrywa się na gruzach starego świata, również w dwóch zdecydowanie najlepszych opowiadaniach zbioru:
Interesy nie idą dobrze i
Dom spotyka chłopca autor jednym ruchem zmiata całą ludzkość z powierzchni Ziemi, robiąc miejsce dla swoich nieco dziwnych bohaterów. Paradoksalnie, ich nieludzki charakter służy Kochańskiemu do analizy człowieczeństwa. W pierwszym z tych dwóch tekstów pyta o esencję bycia człowiekiem, o to co sprawia, że nazywamy siebie ludźmi. Jednocześnie, wprowadzając nieliczne ludzkie postacie, obrazuje ciemną stronę człowieka, jego brutalność – unaocznia również czytelnikowi, jak cienka linia oddziela nas od zwierząt. Niemalże wprost pisze, że nawet świstak czy z pozoru bezduszna maszyna może być bardziej ludzka od nas. Podobnie zresztą robi w
Reksie i wyścigach psów czterokołowych. Tytułowy bohater, dzięki analitycznemu myśleniu, przypominającemu chłodne rozumowanie maszyny, może pełniej przyjrzeć się otaczającym go ludziom – jego "ułomność" sprawia, że staje się idealnym komentatorem, zwierciadłem, przez które widzimy siebie.
Oprócz klasycznego tła opowieści postapokaliptycznych, gdzie stary świat grzebany jest w gruzach, na których wyrasta nowa rzeczywistość, Kochański bardzo oryginalnie podszedł do motywu zagłady w trącącym cyberpunkiem
D.L.Net. Napisane z lekko horrorowym zacięciem opowiadanie stanowi bardzo dobre uzupełnienie pozostałych, traktujących o apokalipsie tekstów, rozszerzając przyczyny zagłady, prezentując bardziej współczesne podejście. Nie bomba atomowa, nie mordercze roboty, ale ekonomia, wirtualna rzeczywistość i deficyt energetyczny – oto realne zagrożenia XXI wieku.
Szkoda tylko, że za tymi pomysłami i przesłaniem nie stoi ciekawsze tło fabularne i lepszy warsztat językowy. Kochański miejscami nieco za daleko posuwał się w pozostawianiu otwartych zakończeń, na czym najbardziej ucierpiał tekst tytułowy,
Zabójca czarownic, będący ledwie urwanym nagle wstępem do ciekawej historii. Autor bardzo dużo czasu poświęcił wprowadzeniu, po czym nagle zaczął się śpieszyć. Zamiast opisywać kolejne wydarzenia, kilka miesięcy akcji skwitował króciutkim komentarzem głównego bohatera, a fabułę urwał w najciekawszym momencie, przez co niektóre wątki dyndały niczym smętne kikuty. W tym tekście w największym stopniu uderzyła mnie ubogość opisów, ich suchość i lakoniczność. Chociaż i dalej nie zabrakło nieszczególnie udanych sformułowań:
"Nie wiedzieli, że nie minie nawet godzina, a tego rodzaju żarty nie będą ich już śmieszyć".
Mimo wszystko, cieszy fakt, że rodzimy czytelnik wreszcie sięgnąć może po nie będący jedynie odświeżonym wznowieniem zbiór opowiadań SF autorstwa Polaka. Nie licząc
Głowy Kasandry Baranieckiego, raczej nie mamy w czym przebierać. Szkoda tylko, że
Zabójca czarownic nie zawiera żadnego opowiadania premierowego, że de facto stanowi powtórkę z rozrywki i czytelnikom śledzącym rodzime periodyki i antologie nie ma niczego nowego do zaoferowania. Oni raczej tego zbioru nie kupią. Pozostali jednak powinni się skusić.
Waszym zdaniem...