» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Marcinem Przybyłkiem - część 1

Wywiad z Marcinem Przybyłkiem - część 1


wersja do druku

Robić to, w co się wierzy

Autor: Jakub 'Qbuś' Nowak
Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Wywiad z Marcinem Przybyłkiem - część 1
Niedawno mieliście okazję przeczytać recenzję Czasu silnych istot. Do premiery pozostało jeszcze kilka dni, niech więc miłośnikom prozy Marcina Przybyłka wyczekiwanie osłodzi rozmowa z autorem, która tak nam się rozrosła, że aż trzeba było ją podzielić. Dziś prezentujemy część pierwszą, niebawem pojawi się druga.

____________________


Jakub Nowak: Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli na początek zapytam o najnowszą część przygód Torkila. Sztorm był zamknięciem pewnej całości, pierwszej opowieści o tym bohaterze. Czego czytelnicy mogą spodziewać się po nowym otwarciu?

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Marcin Przybyłek: Chciałbym powiedzieć, że nie mam pojęcia, bo de facto w tekście czytelnik znajduje po części siebie, a że każdy z nas się różni – rozumiesz. No, ale dobrze, powiem, co wiem. Cztery pierwsze tomy (w zasadzie trzy: Granica rzeczywistości, Sprzedawcy lokomotyw i Zabaweczki) opowiadają o erze GamedecVerse, którą nazwałem Przed Imperium. Czas silnych istot to powieść zawarta w Młodym Imperium: dwadzieścia pięć zamieszkałych planet, trzy globy o specjalnym przeznaczeniu (w tym Nomoria – planeta-poligon oraz Sofia – planeta-więzienie), rozwinięta cywilizacja WayEmpire rządzona przez jednego człowieka, Imperatora Gorgona Nemezjusa Ezrę. Specyficzna gospodarka coraz mniej zależna od rządów pieniądza, uproszczone zasady funkcjonowania społecznego, nadmiar bodźców informacyjnych, rosnąca rola artystów, malejąca biznesmenów, żadna prawników czy maklerów giełdowych. Poczucie narastającego zagrożenia, ale tylko w głowach tych, którzy wiedzą, co się naprawdę dzieje. Kwitnąca higiena psychiczna w Maodionach – siedzibach Ranów, nowe trendy rozwoju osobowości wśród zwykłych obywateli i bezwzględnie czuła opieka Bractwa Besebu, które dwoi się i troi, by ochronić ludność Imperium przed wrogiem, który gdzieś się czai, ale niestety, nikt nie wie, gdzie. To tak w skrócie. Jeśli coś mi się przypomni, dodam.

JN: Rozumiem – czytelnik tworzy sobie opowieść na nowo w trakcie czytania, choć "podstawę" każdy dostaje tę samą. Ważnym elementem Twoich powieści jest złożona i przemyślana wizja rozwoju społecznego od początków cyfryzacji duszy po WayEmpire. Na ile kształt tego ostatniego jest kreacją literacką, a na ile wypadkową Twoich poglądów (oraz braku sympatii dla prawników i maklerów)?

MP: Jakub, a powiedz mi, wierzysz, że ktoś może pisać przez dwa lata z okładem coś, co jest tylko zabawą, co zawiera myśli pozbawione znaczenia (emocjonalnego bagażu), słowem: rzeczy dla autora nieważne? Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, jak można tworzyć literackie wizje niezawierające poglądów piszącego.
Autor albo sam siebie zanudziłby na śmierć, albo – jeśli to w ogóle możliwe – musiałby być niedorozwinięty emocjonalnie, znaczy – sama struktura przekazu mogłaby być dla niego na tyle zajmująca, że to by mu wystarczało. Po co miałby to robić? Chyba tylko dla prestiżu i chwały: popatrzcie, napisałem trzytomowe zwaliste dzieło pełne trudnych wyrazów i zawiłych konstruktów. Teraz dywagujcie nad tym i starajcie się znaleźć wspólny mianownik. A przede wszystkim wszem i wobec ogłaszajcie, jaki jestem wielki, że tak niezwykle nudne, ale i karmiące snobizm dzieło napisałem. No tak. Wychodzi na to, że sam siebie przekonałem, że można tworzyć literackie kreacje, które dla piszącego nie są ważne pod względem treści, a jedynie pod względem efektu, jaki wywołają na czytających. No cóż, ja tak nie robię.

Wypada się przyznać, że tak, wizja WayEmpire jest literacką kreacją, to raz, i zawiera poglądy autora, to dwa. Oraz do niechęci do bankierów i maklerów. Przypomniał mi się fragment Kwiatów polskich Juliana Tuwima:

[...] Ojciec w biurze
Pisze i pisze w głównej księdze
Już nie jednego – wszystkich banków,
Fortuny panów fabrykantów,
Zadowolonych posiadaczy
Pałaców, karet i brylantów.
"Ojcze!" – w dalekie krzyczę pole –
"Widzisz tę butlę na twym stole?
Chwyć ją! Syn każe! Podnieś! Przechyl!
Zalej majątki ich rozdęte!
Czerwonym chluśnij atramentem
W tę główną księgę, gdzie przeklęte
Wpisujesz zbrodnie ich i grzechy!"
[...]


Mam przeczucie, że bankierzy i spekulanci, którzy de facto rządzą dzisiejszym światem, są garbatym jego wrzodem, pasożytem, czymś szkodliwym, wszechobecnym, uzależniającym i dyktującym warunki egzystencji każdego człowieka tkwiącego w monetarnym systemie przetrwania (w przeciwieństwie do ludów pierwotnych gdzieniegdzie zamieszkujących nasz glob, którym pieniądze do życia nie są potrzebne).

Rok temu słuchałem prelekcji pewnej pani, która badała zależności decydujące o cenach surowców rolnych – pszenicy, żyta itd. Prelegentka była zatrudniona w państwowej poważnej instytucji i – niestety – mówiła poważne rzeczy. Jej główna teza brzmiała następująco: ceny zbóż całkowicie oddzieliły się od mechanizmów popytu i podaży. Słuchający jej spytali, od czego są w takim razie zależne. Od polityki oraz od giełdy – wybrzmiała odpowiedź. Od giełdy w Chicago. Wiedziałeś, że w tym wietrznym mieście mieści się instytucja, dla której ziarenka kukurydzy, pszenżyta tudzież owsa są niczym innym, tylko cyferkami na monitorze, które można wirtualnie kupić, by za chwilę wirtualnie sprzedać? Czy to nie jakieś, przepraszam, podłe, że spekulanci, którzy ani nie przerobią tych nasion na mąkę, ani chleba czy bułeczki też nie zrobią, bezkarnie "kupują" setki ton towaru nie dlatego, że jest im do czegokolwiek potrzebny, tylko po to, by za chwilę go z zyskiem sprzedać? Czy to nie podłe, że przez ich nie przynoszące absolutnie żadnego dobra działania całe społeczności farmerskie i wszelkie inne zależne od rynku rolnego cierpią? De facto my wszyscy, bo kupując szynkę w sklepie, powinniśmy wiedzieć, że składową jej ceny były ceny zbóż, z których wyprodukowano pasze, za które hodowca świnki – posiadaczki smakowitej szynki – musiał zapłacić?

JN: Zaczynając od końca – przyznam szczerze, że im więcej dowiaduję się o rynku ekonomicznym, tym bardziej mnie przeraża stopień abstrakcyjności i oddalenia od jakiejkolwiek wartości rzeczywistej. Instrumenty pochodne, opcje na spadek... Ciekawe jak szybko giełdowe operacje zostaną oddane w ręce super-komputerów i czy maklerzy nauczą je spekulacji.

MP: To Ci powiem, że to już się stało. Istnieją komputery, które dokonują transakcji w ciągu ułamków sekund i korzystają na minimalnych skokach kursów. To jest moim zdaniem przestępstwo, no ale jakoś organy prawne się na nie zgadzają.

JN: Na pytanie o przenoszenie poglądów do powieści odpowiedziałeś sobie w zasadzie sam, ale ja od siebie dodam, że zgadzam się z tą odpowiedzią. Choć wyobrażam sobie też sytuację, w której dana kreacja jest wypadkową przemyśleń autora, lecz nie jego przekonań. Poza tym wydaje mi się, że pewnie jest kilku autorów, którzy seryjnie "produkując" niemal identyczne dzieła, emocje wiążą głównie z zyskiem. Możliwe jednak, że to ocena krzywdząca i raczej nie dotycząca polskiej fantastyki. Ale skoro już zahaczyliśmy o literackie motywacje i finanse. Co motywuje Cię do pisania?

MP: Wracając jeszcze do ekonomii, w filmie Kapitalizm Michaela Moore'a spece z giełdy nie byli w stanie wytłumaczyć któregoś z powszechnie tam używanych pojęć ("derywat" czy coś w tym stylu). Potem któryś powiedział, że to narzędzie jest po prostu wzorem matematycznym. Prawnicy nie znają się na matematyce, więc nie wiedzą, czy jest zgodne z prawem, czy nie. A gdy ktoś ten wzór zrozumie – jest zatrudniany na giełdzie. Światem rządzą spekulanci i chroniący ich prawnicy. Nic dziwnego, że w swoim literackim świecie kazałem im iść na grzyby.

Co do tłuczenia podobnych dzieł – mam nadzieję, że mnie to ominie, chociaż widzę, że zaczyna mnie ciągnąć do schematu, który jest pewną wizytówką Gamedeca – whiskey, spojrzenie w okno, dystans do przeżytych wydarzeń, dywagacje filozoficzne, psychologiczne, coś z psychopatologii, jakaś psychoza, halucynacje, oczywiście high-tech, wartka akcja, heroizm i wątek miłosny. Mam wrażenie, że tego czytelnicy oczekują, a i ja lubię taki miks.

Śmiesznie, że pytasz o motywację, bo właśnie wróciłem ze szkolenia dla menedżerów, którego jednym z tematów była motywacja. Motywacja to inaczej "chcenie". Nauka o motywacji zadaje pytanie: "Dlaczego ludziom się chce?" oraz "Co może spowodować, że będzie im się chciało bardziej?" i "Co może spowodować, że im się odechce?" W pierwszej mierze ciągnie mnie do sławy i chwały. Nie to, że na nią zasługuję, tu mam niejakie wątpliwości, jest we mnie natomiast przekonanie, że stworzone przeze mnie świat i bohater zasługują na rzeczone "s" i "ch". To po prostu fantastyczne byty, pełne światła, wielopoziomowe, zachwycające nawet samego ich twórcę.

Po drugie, bardzo lubię tworzyć przygody, intrygi, takie, które sam chciałbym czytać czy oglądać w kinie. Ponieważ film SF cierpi często na brak dobrych intryg (są chwalebne wyjątki, które cieszą wybrednych widzów, chociażby kinowy Star Trek – gdy oglądałem ten obraz, czułem się jak rozpalony nastolatek wciągnięty przez wir emocji), staram się, na miarę swoich możliwości, kreować je samodzielnie. Zawikłane zagadki, podwójne dna, strzelby Czechowa.

Po trzecie, pisanie daje mi możliwość przedstawienia swoich postaw i poglądów. No i siebie, a mam wrażenie, że to, jak mówię i jak piszę, także jest ważne. Ostatnio, znowu na pewnym szkoleniu, pytałem uczestników, co lubią robić. Jedna z menedżerek powiedziała, że czytać. Zapytałem o autora. Wymieniła Kinga. Spytałem, dlaczego, co jej daje czytanie dzieł tego pisarza. "Szczęście", powiedziała po krótkim zastanowieniu. Gdy staraliśmy się zgłębić, co owo szczęście oznacza, wyszło mniej więcej to, że każde zdanie, każdy opis stworzony przez tego autora, to jak pisze, ma wpływ na czytelnika, który nawet zapoznając się z opisem pomieszczenia, odczuwa wrażliwość piszącego, sposób widzenia świata i myślenia. I to niektórym, myślącym i czującym podobnie, daje szczęście. Coś w tym stylu odczuwałem ostatnio, czytając pierwsze strony Anny Kareniny. Tołstoj zachwycił mnie swoim sposobem opisywania przeżyć i odczuć, dystansem i refleksją. Ot co.

Co do postaw i poglądów – książka jest tubą, za pomocą której można kształtować myślenie odbiorców, uczulać ich, zwracać na coś uwagę. Nawet nie trzeba niczego stwierdzać czy stanowczo określać, wystarczy, że zada się odpowiednie pytania. Bo zatracanie wartości naszych czasów powoduje, że niektórzy nie wiedzą już, jakie pytania powinno się zadać, bo pewne obszary znikają z ich pola uwagi. Moim zdaniem – te najważniejsze.

W filmie braci Wachowskich, Speed Racer, główny bohater zadaje pytanie Racerowi X: "Myślisz, że po tym, co zrobimy, wyścigi się zmienią?". Wyraża w ten sposób uzasadnioną obawę, że działania pojedynczego człowieka rzadko kiedy wpływają na korporacyjne machiny. "Nie ma znaczenia, czy wyścigi się zmienią", pada odpowiedź, "ważniejsze jest, czy wyścigi będą zmieniały nas". W tym momencie dostrzegłem, że twórcy przypomnieli o bardzo ważnej wartości, która w erze dążenia do sukcesu została zepchnięta na boczny tor. Ta wartość to rozwój. Rozwój osobisty, ale nie w ujęciu poznawania nowej wiedzy i zdobywania nowych umiejętności, lecz w duchu rozwoju moralnego – bycia lepszym człowiekiem.

No więc pisząc Gamedeca, staram się jakoś na te rzadsze wartości zwracać uwagę. Na delikatność, wczucie (empatię), inteligencję komunikacyjną, refleksję, pogłębianie, inteligencję społeczną, patrzenie na zdarzenia w szerokim kontekście itd. Można się zdziwić: jak to zmieścić w książce, gdzie zdarzenie goni zdarzenie, gdzie dzieje się bardzo dużo i bardzo szybko, śmigają statki, padają strzały, dzieją się kataklizmy? No cóż, mam wrażenie, że dotąd mi się to udawało.

JN: Przyznam, że to właśnie połączenie przygody i refleksji jest tym, co tak przyciąga mnie do Gamedeca. Mogłoby się wydawać, że miks emocji niczym z kolejki górskiej oraz filozoficznego zacięcia będzie ciężkostrawny, lecz według mnie akurat Tobie się udało. A w odniesieniu do menedżerki – wydaje mi się, że większości z nas przydałoby się więcej takich okazji na zastanowienie się, na analizę własnych działań i motywacji. Wydaje mi się, że większość ludzi po prostu płynie z prądem – nie zastanawia się dlaczego, a po prostu działa. W pewnych sytuacjach bywa to korzystne, ale na dłuższą metę raczej spłyca życie.

MP: W książce Piotra K. Olesia Wprowadzenie do psychologii osobowości można znaleźć zdanie mówiące, że być może główną przyczyną nerwic w naszych czasach jest brak miejsca na refleksję. Refleksja jest tym, co pozwala nam chyba nazwać swoje przeżycia, ująć je w jakimś wzorze, który uspokoi. Bez niej wszystkie myśli i emocje gonią się jak oszalałe zwierzęta i w końcu człowiek nie jest w stanie nad nimi zapanować.

JN: Pan Oleś musi mieć rację, skoro stwierdził to samo, co ja. A tak nieco bardziej serio – w niektórych kwestiach często wiedza intuicyjna okazuje się równie prawdziwa, co ta wywiedziona naukowo. Zwłaszcza w tych bardziej "miękkich" dziedzinach. Zresztą człowiek chyba wie, co dla niego dobre, ale często o tym nie pamięta, a czasem ciało lub podświadomość próbuje mu o tym przypomnieć.

MP: No tak właśnie dosyć często jest. Szkoda, że nie zawsze. A nie zawsze, bo niektóre zachowania człowieka są tak pokrętne, że trudno w nie uwierzyć. W tych przypadkach "intuicyjna psychologia", którą wyrabia sobie każdy myślący człowiek, może zawieść. Dotyczy to w szczególności psychologii społecznej. Kto by się na przykład domyślił, że znalezienie dwudziestu centów w budce telefonicznej będzie miało związek przyczynowo-skutkowy z chęcią pomocy osobie, która przewraca się na chodniku i rozsypuje papiery? W pewnym eksperymencie dowiedziono, że z grupy, która w budce niczego nie znalazła pomogło cztery procent badanych, a z grupy, której członkowie znaleźli ową monetę, rzuciło się do pomocy osiemdziesiąt cztery procent. Uwierzyłbyś? Dwadzieścia centów może obudzić w człowieku altruizm. W jakim mechanizmie – zmilczę, bo musiałbym się rozpisać.

JN: Na pierwszy rzut oka (i w sporym uproszczeniu) Gamedec może wydawać się właśnie przygodą, lecz skierowaną raczej do płci bardziej owłosionej. Whiskey, piękne kobiety, wielkie roboty... Spełnienie marzeń każdego dużego chłopca. A jaki jest odbiór ze strony płci pięknej? Co znajdują dla siebie?

Co do płci, podobno jeden z czytelników powiedział kiedyś: "Przybyłek pisze o tym, o czym wielu facetów myśli, ale nie ma śmiałości się do tego przyznać". Wieść niesie, że dodał, iż są to rzeczy "ważne". Jeśli chodzi o kobiety, bywa różnie. Jednym podoba się wszystko. Innym – wątki romantyczne, których zwłaszcza w części pierwszej nie brakuje, ale i dalej zawsze jest miłość, często seks, opisany, jak mi się wydaje, dość delikatnie, co nie znaczy, że powierzchownie. Niektórym czytelniczkom brakuje wyraźnie zarysowanej postaci kobiecej. I tutaj muszę się trochę obronić. Granica rzeczywistości, Sprzedawcy lokomotyw i Zabaweczki to powieści pisane w pierwszej osobie. Czytelnik i czytelniczka patrzą na świat przez oczy Torkila. Nie ma w związku z tym niczego dziwnego, że postacie kobiece są słabiej przedstawione. Są, przepraszam, dodatkiem do świata głównego bohatera, który ma dostatecznie dużo kłopotów z rzeczywistością i sobą, żeby jeszcze zgłębiać psyche którejś z kobiet.
No, zapytajmy siebie samych, szczerze (mówię do mężczyzn): który z nas to robi?

Jesteśmy facetami, nie musimy poznać dziewczyny, żeby nam się podobała. Świat kobiet jest inny. Nie ma "mężczyzn w ich typie", są mężczyźni, których znają i ci, których jeszcze nie znają. Dopiero jak poznają, mogą coś o nich powiedzieć. Reasumując, w dotychczasowych trzech powieściach (załóżmy, że Granica rzeczywistości to powieść) nie było miejsca na uczciwe z pisarskiego punktu widzenia przedstawienie pogłębionego portretu jakiejś bohaterki. Gdybym to zrobił, musiałbym albo dać Torkilowi niesamowity dar intuicji i wczucia w drugiego człowieka, albo po prostu oszukać czytelnika lub czytelniczkę i ominąć fakt, że piszę w pierwszej osobie.

W Czasie silnych istot zastosowałem nowy sposób pisania. Narracja pierwszoosobowa jest przeplatana trzecioosobową. Gdy bohaterem zdarzeń jest Torkil (bądź jego nieco mroczniejsze wcielenie, czyli Jeff "Spaceman" Ray), piszę w pierwszej osobie, ale wszędzie tam, gdzie opisuję kogoś innego, piszę w osobie trzeciej. Dopiero ten zabieg dał mi możliwość wejścia w głowy Pauline, Anny czy Leyi i pokazania, co tam się dzieje.

Kilka osób, w tym pań, narzekało na brak naprawdę silnej postaci kobiecej. Takiej w żołnierskich butach. Wydawało mi się, że Pauline Eim, babka twarda, zdecydowana i dzielna, jest już dostatecznie mocarna. W końcu wdowieństwo i samotne wychowywanie zoeneta to wyzwanie wcale niemałe. Ale i mnie samemu brakowało jeszcze bardziej zdecydowanej, bojowej figury. Dlatego w Czasie silnych istot trochę więcej miejsca poświęcam Kamiennej Lwicy, czyli Leyi Stone. Odegra ona dość ważną rolę w tej historii.

JN: Podoba mi się takie spojrzenie na Torkila – wolę wyrazisty męski punkt widzenia głównego bohatera niż poszerzoną, lecz rozmytą perspektywę. Nadal jednak ciekawi mnie, jak kobiety patrzą na takie silne, męskie spojrzenie? Chodzi mi nie tyle o całość powieści, ale właśnie o Torkilową perspektywę.

MP: Generalnie czytelniczki bardzo lubią Torkila. To jest chyba facet, którego lubiłyby w rzeczywistości, może nawet kochałyby go. Prawdopodobnie dlatego, że nie jest typem macho, tylko gościem wrażliwym i dość miękkim w relacjach. Tak, jest związany z wieloma kobietami, ale nie traktuje ich przedmiotowo. Każda z nich jest dla niego wyjątkowa i każdą darzy silnym uczuciem, które potrafi, mam wrażenie, dojmująco opisać. Jedna z czytelniczek bardzo ładnie go określiła: "On nie potrafi nie kochać". Myślę, że popadamy w pewien stereotyp kulturowy, twierdząc, że nie powinno się kochać więcej niż jednej kobiety czy mężczyzny. Ciekawe, że nie stosujemy tego schematu wobec dzieci. Dla matki posiadającej kilkoro dziatwy czy babci szczycącej się stadkiem wnucząt jest oczywiste, że każde dziecko kocha tak samo. Jestem przekonany, że z dorosłymi może być podobnie, tylko więzy obyczajowe nakładają nam emocjonalny kaganiec. Podejrzewam, że płeć piękna czytająca Gamedeca intuicyjnie to wyczuwa i w jakiś sposób akceptuje swoistą poligamię głównego bohatera, kochając go takim, jakim jest.

Oczywiście, są wyjątki. Jest gdzieś w sieci napisana kobiecą ręką recenzja chyba Granicy rzeczywistości, czy może Sprzedawców…, w której recenzentka jest wyraźnie zła na Torkila za to, że zagląda w kobiece dekolty i jest erotycznie monotematyczny. No cóż, co ja mogę powiedzieć, może tylko tyle, że pan Aymore woli podziwiać talie niż piersi… Poza tym Torkil się rozwija. Nie wiem, czy czytelnicy i czytelniczki będą zadowolone, ale im dalej posuwamy się w sadze, tym mniej jest rozerotyzowania głównego bohatera, a więcej innych aspektów życia. Mam nadzieję, że dojrzalszy Gamedec kobietom wciąż będzie się podobał.

JN: Rozmawiamy tu o różnych aspektach pisarskiego rzemiosła. Narracja, perspektywy, motywacje... Czy są jakieś elementy procesu tworzenia, które sprawiają Ci większą trudność niż inne? A może odwrotnie – łatwo przychodzi Ci coś, co mogłoby wydawać się trudne?

MP: Dość często mówię, że moje pisanie jest jak malowanie: przy każdym podejściu dodaję jakiś szczegół, tło, scenę. Im dłużej pracuję nad danym fragmentem, tym więcej ma barw, detali, dynamiki. Jest to tym bardziej pracochłonne, im więcej aspektów powinienem uwzględnić i im bardziej chcę, żeby odbiorca poczuł, iż jest w centrum wydarzeń. Problemem jest też optyka. Podobno Jan Matejko był krótkowidzem i skupiał się na detalach, gdy jednak chciał obejrzeć swoje dzieło w całości, miał z tym kłopot. Podobnie jest z moim pisaniem. Czasami wchodzę w takie szczegóły, że muszę odczekać, "odejść od płótna" i przeczytać scenę jeszcze raz, by zobaczyć, czy elementy, które w nią wprowadziłem, grają z całością.

Najtrudniejsze są chyba opisy bitew. Podczas wojennych zmagań dzieje się tak wiele, że na początku niemożliwe jest, by wszystkie odpowiednio uchwycić. Weźmy jakiś przykład. Pilot myśliwca leci wśród serii strzałów wysyłanych do niego z kilku pancerników wiszących nad wielkim miastem. Widzimy to już mniej więcej, prawda? Schemat wyobraźni podpowiada, że wielkie statki są podobne do niszczycieli z Gwiezdnych Wojen, myśliwiec przypomina współczesny odrzutowiec, miasto to z grubsza Coruscant. Niejeden autor być może zostawiłby już takie zdanie, bo od biedy można je sobie w głowie przedstawić. Dla mnie to o wiele za mało. Niebo powinny przecinać warkocze skondensowanego powietrza pozostawiane przez rakiety, które wiją się jak ptaki pośród ściegów artylerii przeciwlotniczej. Niektóre z nich wybuchają jak rozkwitające kwiaty (zwłaszcza jeśli pilot ma włączone przyspieszenie spostrzegania), co się zaś dzieje ze strzałami pelot, które nie trafiają w cele? Mkną ku wysokim chmurom, dziurawiąc je w niezliczonej liczbie miejsc. To wciąż mało. Pancerniki nie wiszą nad miastem dla uciechy, prawda? Muszą je atakować. Tak więc ze szczytów wież tryskają gejzery gruzu, niektóre budowle chylą się, uderzają w inne, pilot słyszy przesunięte w czasie grzmoty strzałów i rumor walących się gmachów, jego myśliwiec może podskakiwać od fal uderzeniowych, wizję mogą przysłaniać obłoki kurzu, które rozchodzą się jak kręgi na wodzie wokół co większych zniszczonych struktur.

Ale to wciąż mało. Pilot nie może lecieć sam. Wokół niego mkną towarzysze broni, szyjąc z działek pokładowych w… co? Oczywiście w myśliwce wroga, bo przecież pancerniki nie byłyby tam same. Zatem wokół naszych maszyn niczym rój owadów kręcą się dziesiątki znienawidzonych myśliwców, które prują srebrzystymi, twardymi jak diament pociskami i oczywiście chybiają, ale czasami trafiają. I wtedy co się dzieje?
Ludzki dramat, heroizm, lęk, strata. Ginie towarzysz, inny się poświęca itd. No tak, ale naszych dzielnych pilotów nikt nie wysłałby bez wsparcia, więc z orbity co chwila grzmoci jakieś potężne działo, które wyrywa z poszycia najbliższego pancernika wielkie płaty przy akompaniamencie gromów, a błyski wybuchów są tak silne, że przez chwilę nic nie widać. Zachodzi słońce, połyskują refleksy na rzece przepływającej przez miasto i detalach budowli, na owiewce myśliwca głównego bohatera i na jego kasku.

No właśnie. Wciąż nie opisaliśmy ani myśliwców naszych, ani wrażych, ani pancerników, ani miasta. A one nie są takie, jak dyktuje schemat. A co z systemami walki tronicznej? Co z zakłóceniami, kontrzakłóceniami? Co z walką na minidrony, nanoboty? Co z wojną psychologiczną, wpływaniem na mózgi przeciwników, generowaniem halucynacji, co wreszcie z walką duchową (pamiętajmy, że Ranowie mają władzę nad osobistym demonem i anielicą)? Widzisz, że nawet w tak kiczowatym opisie można położyć tyle barwnych plam, że w głowie się kręci. Dla wyjaśnienia dodam, że opisana powyżej scena nie jest wyjęta z Czasu silnych istot, to po prostu przykład mający przedstawić złożoność opisu bitwy. Czytelnik czyta taki kawałek w kilkadziesiąt sekund, a autor pracuje nad nim kilka dni. Wszystko po to, by dawał niezbędne dobrej literaturze wrażenie uczestnictwa w opisanych wydarzeniach.

Poza tymi fragmentami wszystko idzie w miarę sprawnie, ale i tak wracam do każdego akapitu bardzo wiele razy. Dialogi są jedną z łatwiejszych części mojego tworzenia, ale tylko ich czysto dialogowa część. Znaczy – on powiedział to, ona tamto. W międzyczasie jednak podczas wymiany zdań powinno się coś dziać, coś przeleci w tle, zmieni się twarz interlokutora czy interlokutorki. Scena nie powinna być statyczna. Najlepiej, by rozmowa była dodatkiem do czegoś dynamiczniejszego, na przykład by odbywała się w spadającym, płonącym statku. Oczywiście trochę żartuję, ale trochę też nie: lubię, gdy nawet dialogi mają jakieś ciekawe tło, gdy scena jest zatopiona w scenie, która zatopiona jest w scenie. Na przykład w Czasie silnych istot Torkil rozmawia ze Steffi na Vaporii, pije kawę, gdzieś daleko w kosmosie goreje wielka bitwa, a pod nimi, pod Hemachem, na którym rozgrywa się ta scena, stoi na lądowisku wielki transportowiec typu Yotta, do którego wjeżdżają gigantyczne vaporiańskie machiny bojowe – Cumulomachy. Załadunku pilnują Ranowie z Pierwszego i Szóstego Maodionu, którzy po odbytej właśnie heroicznej bitwie bratają się i godzą dawne zadrażnienia.

Dość szybko mi się pisze, gdy któryś z bohaterów prowadzi jakiś wywód. Ale z tym muszę uważać, by książka nie zamieniła się w wykład.

Ku mojemu zdumieniu, sprawnie wychodziło mi także pisanie w trzeciej osobie. Autor staje się wtedy trochę anonimowy i narracja dosłownie płynie. Pisanie w pierwszej osobie jest dla mnie trudniejsze, bo staje się bardziej osobiste, a przez to, jakby to określić… No nie wychodzi grafomańska gładkość, nie da się pisać ogólnikami, trzeba wejść do środka osoby, a tam już nic nie jest proste. Pisanie w trzeciej osobie kojarzy mi się z jazdą po namydlonej powierzchni. Na przykład: "Leon Kuguhart był człowiekiem ambitnym. Piął się po szczeblach kariery z bezwzględną cierpliwością, z uporem typowym dla człowieka, dla którego nic na świecie nie błyszczy jaśniej od władzy". No wybacz kicz.

Teraz wchodzimy do jego głowy: "Patrzyłem na wykresy generowane przez automaty śledzące nastroje ludności w moim sektorze. Zerknąłem na Natalię. Dziwka była cierpliwa i pracowita. Nienawidziłem jej. Kiedy wreszcie tej cholerze powinie się noga? Jak długo można czekać?". Rozumiesz, nagle skracamy perspektywę, musimy w mikroskali opisać to, co w skali makro jest podane na talerzu. W pierwszej osobie już nie możemy napisać: "Byłem ambitny", bo to nie brzmi. Trzeba opisać zęby chorej potrzeby osiągnięć wbijające się w krtań bohatera, trzeba pokazać, jak rośnie napięcie w jego twarzy, jak płonie w jego żołądku nienawiść do koleżanki z pracy, która może awansować zamiast niego. Pierwszoosobowa narracja jest w związku z tym bardziej rwana, nie może mieć gładkości i potoczystości narracji trzecioosobowej, bo wtedy główny bohater wyjdzie na jakiegoś nierealnego poetę czy innego kabotyna, a tego byśmy nie chcieli.

JN: Teraz będę zupełnie inaczej czytał Twoje sceny bitew oraz dialogi. Zawsze będę szukał czegoś w tle.

MP: Weź przestań. Jeszcze się okaże, że wcale tak nie jest! Zapomnij o mojej poprzedniej wypowiedzi.

JN: Różnica pomiędzy narracją pierwszoosobową a trzecioosobową wydaje się oczywista, gdy się o niej przeczyta, ale sam z siebie w ogóle bym o tym nie pomyślał.

MP: Ano widzisz. A potem czytam w recenzji, że brakuje bardziej dopracowanych portretów postaci drugoplanowych, czy coś w tym rodzaju. A recenzent nie zauważył, że przy pewnym sposobie pisania stworzenie takich psychologicznych konterfektów jest niemożliwe. Za to jeden jest bardzo pogłębiony – głównego bohatera.

JN: Ciekawi mnie jeszcze jedna kwestia dotycząca opisów – niektóre z nich są bardzo rozbudowane i "graficzne". Czy rysujesz sobie szkice na przykład zbroi lub pojazdów, czy też opierasz się tylko na obrazach z głowy?

MP: Robię i to, i to. Czasami widzę coś bardzo wyraźnie i nie muszę rysować. Czasami stwierdzam, że widzę zbyt ogólnie, a skoro tak, czytelnik też tego nie zobaczy. Wtedy albo wysilam wyobraźnię i dodaję szczegóły, albo biorę wielką płachtę papieru i rysuję. Rozrysowałem w ten sposób sporo rzeczy, między innymi Cumulomachy czy pancerze. Ale narysowałem także obiekty, których nigdy dokładnie nie opisałem, na przykład machiny terraformujące. Proces zamiany niegościnnego globu w planetę z roślinnością, oceanami i atmosferą wydawał mi się tak "kosmiczny", że musiałem stworzyć plastyczną wizję odpowiednich machin i sposobu ich działania. Dopiero wtedy, gdy sam uwierzyłem, że to "może zadziałać", byłem w stanie opisać już nie urządzenia, ale charakterystyczne ślady, które po sobie zostawiają. Zdarza mi się rysować plany lokacji lub ich fragmenty. Tak było z Placity Hon. Zrobiłem to, by uzmysłowić sobie, co bohaterowie skradający się w tym niegościnnym miejscu mieli szanse widzieć (Placity to podziemne miasto tak gęsto poprzecinane dźwigarami utrzymującymi jego strukturę, że de facto jest to labirynt).

Generalnie uważam, że dyskusyjną stroną wielu książek jest zbyt duża wolność interpretacyjna dana czytelnikowi. Dlaczego na przykład Andrzej Sapkowski w Żmii ani razu nie opisuje pojazdów czy broni? Bo wszystkie te urządzenia realnie istnieją i czytelnik, jeśli tylko będzie chciał, może zajrzeć do źródeł i dzięki temu bez problemu wyobrazi sobie poszczególne sceny.
Kształt ornitopterów z Diuny był wielokrotnie reinterpretowany przez twórców filmów i gier. Nikt jednak nie reinterpretuje wyglądu X-winga. Tripody opisywane przez Wellsa także doczekały się wielu wcieleń. Jednak nikt nie ośmieliłby się modyfikować kształtu Land Ridera z Warhammera 40 000.

Co do wielu jednak widoków, nie widzę ich wyraźnie i tu przydałaby się pomoc plastyka. Na przykład opisuję architekturę miast WayEmpire jako eklektyczną mozaikę łączącą nowoczesną technologię ze stylem hinduskim i azteckim. Łatwiej powiedzieć, niż zobaczyć. Czy w takim razie bliżej im do Coruscant, czy do wizji z Final Fantasy, może do gotyckich megapolii z Warhammera czy Mega-City One z Sędziego Dredda? No więc ani to, ani to, ani to. I tutaj ani moje bazgroły, ani opisy nie pomogą. Potrzebny jest grafik, który weźmie wizję za rogi i stworzy pejzaż. Wtedy wszyscy, łącznie ze mną, powiedzą: "Aaaa, to tak to wygląda!".

Reasumując, nawet gdy wydaje mi się, że widzę coś dokładnie, to diabeł tkwi w szczegółach. Dopóki nie rozpocznę współpracy z grafikiem, który zaangażuje się w pracę po same uszy, nie będzie spójnej wizji GamedecVerse. Dominik Broniek ilustrujący Czas... zrobił wielki krok naprzód, ale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

JN: Zbyt dużą wolność interpretacyjną można jednak przeciwstawić brakowi takowej wolności. Zawsze w przypadku ekranizacji znanych dzieł usłyszeć można utyskiwania na niezgodność danego bohatera z wyobrażeniami. Choć akurat dla mnie są to trochę chybione zarzuty – tak jak książka jest wizją autora (i jego wyobrażenia też nie będą tożsame z wyobrażeniami czytelników), tak film będzie wizją reżysera. Choć w przypadku Gamedeca nie będzie to problemem, gdyż bierzesz aktywny udział w procesie tworzenia różnorakich wizualizacji. A może któreś z artystycznych wizji były dla Ciebie zaskoczeniem? Coś sprawiło, że spojrzałeś inaczej na jakiś element wykreowanego świata?

MP: Bardzo ładnie to ująłeś: film jest po prostu wizją reżysera, a i to nie do końca. To zbiorowa wizja twórców filmu. I tu dochodzimy do współpracy z grafikami. Efekt końcowy jest zawsze kompromisem. To nie jest tak, że o ich pracach mogę powiedzieć: ten obraz jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażałem. No, o jednej mogę tak orzec: o logo Marka Okonia. To jest dokładnie moja wizja. Wszystkie jednak inne są wypadkową moich potrzeb i zapatrywań twórców. Jedne mniej odbiegają od moich wyobrażeń, inne bardziej. Chyba najmocniej odszedł od początkowych założeń Tomek Maroński ze swoim Skymourem. Pierwotnie ta zbroja miała być w innym otoczeniu, z innymi atrybutami (Dominik Broniek dokładniej sobie z nim poradził). Tomek to jednak dusza mocno artystyczna i niezależna. Gdy rozszerzyłem kadr na "kinowy", uparł się, żeby zrobić skrzydła bardzo poetyckie, rozwiane, zupełnie nieustrukturalizowane. Ja twierdziłem, że nie tak to miało wyglądać. Wtedy o mało nie doszło do rozwodu. Tomek stwierdził, że odpada, że nie da rady zrealizować mojej wizji. "Daj pobyć trochę artystą", powiedział i mnie tym rozbroił. Zgodziłem się na jego interpretację i teraz mamy obraz, który zachwyca prawie każdego. Niemniej wciąż czekam na kolorową wizję Skymoura w pełni zgodną z moimi zapatrywaniami.

Pancerze typu Coremour w wykonaniu Marcina Jakubowskiego i Dominika Brońka także nie są do końca tym, co chciałem uzyskać. Co ciekawe, obu im wysyłałem swoje szkice. Polot grafika jednak jest często silniejszy. Dominik zrobił skrzydła w kształcie kołnierza w pancerzu Torkila, za co jestem mu bardzo wdzięczny, ale poszedł trochę za bardzo w Warhammera, czego nie wzbraniałem, ale miałem nadzieję, że będzie to trochę mniej widoczne. Czasami pewne rzeczy widać dopiero, kiedy jest już po wszystkim. Winna jest tutaj także moja fascynacja wizualizacjami tego świata, biję się w piersi. Z kolei Marcin dodał mangowe skrzydełka z tyłu, zupełnie niezgodne z opisem i nie chciał zrobić "kołnierza". Teraz nad Coremourem pracuje Łukasz Matuszek, ten, który robił postacie do gry planszowej. On już zupełnie szaleje. Robi rzeczy bardzo nowatorskie, oryginalne i całkowicie inne od moich wyobrażeń. Przyglądam się z zainteresowaniem jego próbom, bo niewykluczone, że wypracuje coś, co tak mnie zainspiruje, że zmienię niektóre opisy.

Bardzo ważne jest, żeby artysta przeczytał książkę, którą ilustruje. Dominik to zrobił, dlatego współpraca z nim była bardzo łatwa i przyjemna. Był niezmiernie elastyczny, słuchał większości uwag, często trafiał w sedno. Im grafik jest bardziej "na zewnątrz" świata, tym mocniej ciągnie... no, nie tam, gdzie trzeba.

JN: Wspominałeś, że wprowadzasz sporo poprawek do swoich tekstów. Czy zdarza Ci się też na przykład skreślać całe fragmenty? Zdarzały się jakieś ekstremalne przypadki pisarskiej samokrytyki?

MP: W Sprzedawcach lokomotyw pierwsza wersja Undercity wygląda inaczej. Podmiasto jest w miarę zadbane i mieszka tam najbiedniejsza warstwa społeczeństwa. Stare małżeństwo przyjmuje ledwo żywego Torkila i przez jakiś czas opiekuje się nim. Wyrzuciłem ten fragment, dość obszerny, i zamieniłem na bardziej ponury obraz podmiasta. W tym samym tomie w pierwszej wersji jest dość długi dialog filozoficzny między Sergio Lamą, Haroldem Allandem i chorym Torkilem. Wyciąłem go w ostatnim momencie, obawiając się, że jest za mało "filozoficzny", zbyt niedojrzały. Dopiero ostatnio przeczytałem go i stwierdziłem, że wcale nie był taki zły. Dlatego w następnym wydaniu tej książki wróci do łask, oczywiście po odpowiedniej redakcji. Dość często usuwam przekleństwa, uznając, że brzmią zbyt prostacko. Ale potem redaktorzy zarzucają mi, że książka jest za grzeczna, że czyjaś reakcja jest zbyt mało emocjonalna. I wkładam je z powrotem, a potem żałuję.

Co do samokrytyki – gdy ostatnim razem, całkiem niedawno, spotkałem się "na Skypie" z moim redaktorem, Krzysztofem Ożogiem, i omawialiśmy jakiś fragment, wykrzyknąłem ze zgrozą: "Chryste panie, kto to napisał?!".

Więcej grzechów nie pamiętam.

Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu!

Marcin Przybyłekurodzony w 1968 r. w Pułtusku pisarz, absolwent medycyny, były pracownik koncernu farmaceutycznego, aktualnie prowadzi firmę szkoleniową. Debiutował w rubryce Grao Story w czasopiśmie Świat Gier Komputerowych, prowadził także rubrykę Co w duszy gra w Nowej Fantastyce. W tymże czasopiśmie (numer 11/2002) opublikowane zostało pierwsze opowiadanie ze świata Gamedec, które później zostało włączone do Granicy rzeczywistości, pierwszego tomu przygód Torkila Aymore, gierczanego detektywa. Obecnie cykl liczy sobie już pięć tomów. Przybyłek jest także autorem książki Sprzedaż albo śmierć. Antyporadnik, w której piętnuje absurdy świata biznesu.
Tagi: Marcin Przybyłek | GAMEDEC | Czas silnych istot



Czytaj również

Komentarze Obserwuj


foxtrout
   
Ocena:
0
Wspaniała rozmowa.
21-09-2012 21:38

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.