Powieść pasożytnicza
Autor: Borys Jagielski
Redakcja: Tomasz 'Sting' Chmielik

Inwazja rozpocznie się 12 lipca 2007 r. Nieopodal miasteczka Grinnell, w amerykańskim stanie Iowa, wyląduje statek kosmiczny. Jego pasażerowie - niewielkie, oślizgłe pasożyty po przylgnięciu do grzbietu człowieka lub zwierzęcia będą przejmować pełną kontrolę nad motoryką ofiary, a także w znaczącym stopniu wpływać na jej myśli. Kontrofensywą zajmie się początkowo mała, supertajna komórka wywiadowcza podlegająca bezpośrednio prezydentowi. Walka z najeźdźcą okaże się bardzo trudna, przede wszystkim dlatego, że rząd i obywatele długo nie będą chcieli dać wiary zagrożeniu. A gdy wreszcie uwierzą, może być już za późno.
Polskiego przekładu
Władców marionetek Roberta Ansona Heinleina nie znajdziecie w tej chwili w księgarniach. Z katalogu Biblioteki Narodowej wynika, że po raz pierwszy i ostatni powieść ta ukazała się w naszym kraju szesnaście lat temu nakładem wydawnictwa Phantom Press International. Dzisiaj tamto stare wydanie można nabyć za śmiesznie pieniądze w znanym serwisie aukcyjnym. Miłośnicy świeżego zapachu farby drukarskiej mogą z kolei albo zakupić wersję anglojęzyczną w którejś z księgarni internetowych, albo poczekać do listopada, kiedy to za sprawą wydawnictwa Solaris pojawi się nowe tłumaczenie
The Puppet Masters. Książkę Heinleina recenzuję już teraz, ponieważ trudno przejść obojętnie obok faktu, że oto wielkimi krokami nadchodzi w kalendarzu data, którą jeden z największych amerykańskich twórców SF wybrał przeszło pół wieku temu jako punkt startowy dla swojej powieści.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Fani są zgodni, że napisani w 1951 r.
Władcy marionetek nie należą do najlepszych książek, jakie wyszły spod pióra Heinleina; do takich należy zaliczyć
Kawalerię Kosmosu (znaną również jako
Żołnierze kosmosu),
Obcego w obcej ziemi oraz
Luna to surowa pani.
Władcy... zasługują jednak na naszą uwagę z trzech powodów. Po pierwsze,
Władcy marionetek spopularyzowały istotną dla gatunku ideę polegającą na przejmowaniu kontroli nad ludźmi przez przybyszy spoza Ziemi, tudzież na imitowaniu ludzi przez kosmitów. Z tego, co mi wiadomo, książka Heinleina mogła nawet tę ideę zapoczątkować - w końcu Jack Finney napisał
Porywaczy ciał dopiero cztery lata lat później. Po drugie, Heinlein nigdy więcej nie napisał książki opowiadającej o inwazji Obcych na naszą planetę (a miał jeszcze bez mała ze trzydzieści okazji). Po trzecie,
Władcy... to jak dotąd jedyna powieść pisarza, która doczekała się wiernej, współczesnej ekranizacji.
Żołnierze kosmosu Verhoevena oparci byli na literackim pierwowzorze bardzo luźno.
Oceniając SF sprzed blisko sześćdziesięciu lat trzeba poszukać odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jak bardzo zestarzał się dany tytuł? Na fantastykę zawartą we
Władcach marionetek składają się dwa odrębne elementy. Do tytułowego wątku inwazyjnego zastrzeżeń nie mam. Gdyby powieść o analogicznej tematyce powstawała dzisiaj, pasożytniczy Obcy z powodzeniem mogliby przejmować kontrolę nad ludzkimi ciałami w podobny sposób, a więc wspinając się nam na plecy i podłączając swój układ nerwowy do naszego poprzez rdzeń kręgowy. Strategia przeprowadzania inwazji także wygląda logicznie.
Problem książki polega na tym, że Heinlein zamiast umieścić akcję w czasach mu współczesnych, a więc na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, zdecydował się na wycieczkę w przyszłość. W oczach współczesnego czytelnika powoduje to pewien dysonans poznawczy, jako że Heinleinowski rok 2007, z latającymi samochodami, pistoletami laserowymi i paktami małżeńskimi, różni się znacząco od naszej rzeczywistości. Obok egzobiologicznej i futurologicznej da się poza tym wyodrębnić trzecią, alegoryczną stronę powieści.
Władcy marionetek to wyraźna, choć nie nachalna, metafora zagrożenia ze strony komunizmu, którego pisarz był zagorzałym przeciwnikiem. Owo "drugie dno" musiało zwiększać w latach pięćdziesiątych wartość literacką
Władców...; obecnie jednak ani nie dodaje książce uroku, ani nie irytuje podczas lektury.
O pomstę do nieba wołają zaś wpadki warsztatowe związane z pierwszoplanową postacią kobiecą, agentką Mary. Nie dość, że w połowie książki przechodzi ona gwałtowną i nieuzasadnioną metamorfozę ze Złośnicy Do Poskromienia w Ciepłą Domową Żonę (nawiązując do terminologii Sapkowskiego z
Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini), to na dodatek jej związek uczuciowy z głównym bohaterem opisany jest bardzo niewiarygodnie. Wiem doskonale, że pod tym względem trudno wymagać czegoś więcej od powieści powstałej w połowie minionego stulecia. Zgrzyt jest jednak na tyle wielki, że nie potrafię przymknąć oka i usprawiedliwić go zębem czasu.
Heinleinowski sposób prowadzenia narracji również zasługuje na komentarz, ale już niekoniecznie na wytknięcie palcem. Pisarz raczy nas szybkim, niemalże zbyt szybkim, tempem ograniczając epizody, opisy i dialogi do minimum. Dzięki takiemu zabiegowi
Władcy marionetek nie mają szans choćby na chwilowe znudzenie czytelnika. Jest jednak i druga strona medalu: autor poddaje bezlitosnej kompresji nawet najbardziej przygodogenne wydarzenia. Na przykład przedstawienie pierwszej wyprawy agentów do Grinnell zajęło mu niecałe piętnaście stron. Wyprawa ta aż się prosi, by poświęcić jej więcej miejsca, by dawkować czytelnikowi napięcie związane z pierwszym kontaktem z Obcymi. Nic z tego. Szast-prast, błyskawicznie dowiadujemy się na czym polega zagrożenie i akcja mknie dalej. Takie podejście mi nie odpowiada, lecz obiektywną wadą bym go nie nazwał. Autor świadomie wybrał określony sposób na prezentację fabuły, który zresztą musiał być częściowo podyktowany wymogami publikacyjnymi - powieść po raz pierwszy ujrzała światło dzienne podzielona na odcinki w magazynie
Galaxy Science Fiction.
Pięć i pół dekady później wydawnictwo Solaris postanowiło przypomnieć twórczość Heinleina polskiemu czytelnikowi. Zeszłej jesieni do księgarń trafił nowy przekład
Obcego w obcym kraju, a do końca tego roku ukażą się jeszcze
Władcy marionetek właśnie oraz
Żołnierze kosmosu. Ja natomiast chciałbym, by o
Władcach... przypomnieli sobie również filmowcy, choć już niekoniecznie polscy. Powieść, po kilku przeróbkach, stanowiłaby świetny materiał na wysoko budżetowe kino rozrywkowe. W połowie lat dziewięćdziesiątych Amerykanie podjęli się już raz jej ekranizacji. Efekt końcowy poddano ciężkiej krytyce, chociaż niżej podpisanemu się podobało. Tak czy owak, dlaczego nie spróbować po raz kolejny, tym razem z dobrym reżyserem i solidnym zapleczem finansowym?
Władcy marionetek (książka) nie wzbudzają po latach zachwytu. O pomyśle Roberta Heinleina nie da się jednak powiedzieć złego słowa.
Waszym zdaniem...