Przygód kapitana ciąg dalszy
Autor:
Joseppe

Dzięki Arturo Pérez-Reverte i, oczywiście, wydawnictwu Muza miałem ostatnio szansę zagłębić się w dalszą część przygód szanownego kapitana Diego Alatriste y Tenorio. Przygody owe poznałem dzięki książce
W cieniu inkwizycji, która to niedawno zagościła na półkach pobliskiej mi księgarni, jak zapewne na wielu podobnych półkach wielu podobnych księgarń naszego pięknego kraju. Do lektury przystąpiłem z entuzjazmem, miałem już bowiem okazję czytać tom wcześniejszy -
Kapitan Alatriste, który wywarł na mnie niepoślednie wrażenie. Zanim jednak, zauroczony przewystawnym stylem stosowanym przez hiszpańskiego autora, sam rozpocznę własną, okraszoną stosownym, acz pełnym ornamentów, słownictwem opowieść, pohamuję się i opowiem w zdaniach kilku na temat książki, która winna być tematem poniższego sprawdzianu moich pisarskich umiejętności.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Kto przebrnął przez ostatnie zdanie, niech nie załamuje rąk. Ani nie zamierzam kontynuować tego przesadnie rozbudowanego stylu, ani też Arturo Pérez-Reverte nie pisze tak tragicznie i przyciężkawo jak ja. Dość powiedzieć, że książka jest pisana w bardzo barokowym stylu, znaczy to, że treść, którą normalny pisarz mieści na jednej stronie, u wymienionego wyżej Hiszpana poznamy dopiero po lekturze rozdziału. Niechaj nie zniechęci Was to do lektury. Arturo Pérez-Reverte potrafi bowiem przykuć do fotela na długie godziny samym stylem, a smakowanie w staropolskim słownictwie i budowie zdań (tutaj tłumacz naprawdę się popisał - znaczenia niektórych słów szukałem ponad godzinę) jest przyjemnością samą przez się. Dodatkowo autor wzbogaca naszą wiedzę na temat hiszpańskiej poezji tamtego okresu, wkładając w usta bohaterów krótkie, acz ciekawe i zabawne fragmenty sonetów czy decym, które częstokroć idealnie pasują do sytuacji, a nierzadko przemycają w swych rymach prawdy natury ogólnoludzkiej.
Wracając jednak do treści. Książka opowiada o przygodach starego weterana, obecnie rapiera do wynajęcia, który, choć nie jest uosobieniem miłosierdzia, poprzez swą wierność zasadom i swoiście pojmowanemu honorowi wpada w spore tarapaty. Choć nie, może by być ścisłym dopowiem, że w tarapaty wpada młody towarzysz kapitana - Íñigo, z których kapitan (tu znów by być dokładnym dodam, że kapitanem jest on tylko z nazwy, po prawdzie bowiem stopnia oficerskiego nigdy się nie dorobił - prawdopodobnie przez nadmierną uczciwość) musi go wyciągać. A uratowanie chłopca nie będzie łatwe, bowiem do walki z Alatriste stają jego dawni, potężni wrogowie, a koniec końców i sama inkwizycja. Nie będzie to jednak starcie beznadziejne.
Akcja dzieje się w Hiszpanii pierwszej połowy XVII wieku. Jest to Hiszpania słoneczna, piękna i kolorowa. Ale jednocześnie kraj gnijący już od środka, pędzący w dół przepaści. Kraj tuż przed nieuniknionym upadkiem, który stroi się w piękne piórka bardziej już z przyzwyczajenia niż z majętności czy obowiązku. O takiej Hiszpanii będzie nam autor ustami wspominającego Íñigo mówił dość często. A to, charakterystyczne dla tego kraju, przenikanie się bieli i czerni, męstwa i tchórzostwa, honoru i zepsucia wyda się zapewne bliskie sercu każdego Polaka. Czytając bowiem
W cieniu inkwizycji bez trudu odnajdziemy liczne podobieństwa łączące Polskę z ojczyzną autora.
Całość wydana jest w miękkiej okładce (choć jest też dostępna w twardej, oczywiście po wyższej, ale tylko o pięć złotych, cenie) i dość gęsto ilustrowana czarno-białymi rysunkami, które nie szokują być może swym artyzmem, ale z pewnością uprzyjemniają lekturę. Pod względem edytorskim trudno się "czepiać" - literówek się nie dopatrzyłem, a tłumaczenie mnie zachwyca. Niska cena także wydatnie wpływa na chęć posiadania tej pozycji.
Na koniec chciałbym jeszcze napisać parę słów na temat tego, czy
Przygody kapitana Alatriste (taki bowiem tytuł nosi cykl książek, którego drugą część recenzuję właśnie w tym artykule) to powieść pasująca klimatami bardziej do
Monastyru czy
7th Sea. I o ile pierwsza odsłona przygód pod tytułem
Kapitan Alatriste swym mrocznym charakterem zdecydowanie bardziej przypominała mi konwencję stworzoną przez Ignacego Trzewiczka, o tyle
W cieniu inkwizycji poprzez swe niezwykle rozbudowane słownictwo, większą po prawdzie dbałość o formę niż treść i nie wychodzenie poza konwencję (to jest nawet trupy i tortury opisywane są w estetyczny sposób) wpasowuje się znacznie skuteczniej w krąg miłośników płaszcza i szpady Dumasa oraz huśtania się na żyrandolu.
Bez względu jednak na to, czy książka ta bardziej nadaje się dla miłośników jednego czy drugiego systemu, jest warta polecenia wszystkim. Albo poprzez wzgląd na niebywałą formę, albo z powodu tryskającej słońcem Hiszpanii i błysku rapierów karmiących się tymże słońcem. Jedynym minusem jest to, że tak naprawdę można było zmieścić w niej dwa razy tyle treści, za co nie dam
W cieniu inkwizycji najwyższej noty. Ale czysto subiektywnie polecam ją gorąco.
Waszym zdaniem...