Wiatr w żagle
Autor:
Maja 'Vanth' BiałkowskaRedakcja: Marcin 'lmn' Łukasiewicz

Starzy żeglarze zwykli mówić, że morze jest kapryśne i zmienne niczym kobieta. Potrafi być łagodne, czarując bezkresnym błękitem toni, zalotne, frywolnie kusząc zwieńczonymi białą pianą falami, tajemnicze i fascynujące niczym u Homera, a wreszcie śmiertelnie groźne, kiedy objawia się w rozszalałej potędze żywiołów. Niemalże wszystkie jego aspekty przedstawia Robert V.S. Redick w
Szczurach i Morzu Rozległym – księdze drugiej cyklu
Rejs Chathranda. Podchodziłam do niej z wielkim dystansem, zrażona pierwszą częścią, w której bardzo trudno było o morskie motywy. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy z każdą kolejną stroną przekonywałam się, iż tym razem autorowi udało się oddać ducha prozy marynistycznej, może jeszcze nie w stopniu idealnym (sporo mu jeszcze do Conrada czy Forestera brakuje), lecz zdecydowanie zmierza we właściwym kierunku.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Wietrzny Pałac, Wspaniały Żaglowiec, Największa Słabostka Jego Zwierzchności
et caetera, czyli CSK
Chathrand kontynuuje swój rejs. Kiedy rzuca kotwicę w porcie, gdzie ma dojść do podpisania traktatu z przedstawicielami pentarchii Mzithrinu, prawie nikt nie spodziewa się, iż wydarzenia potoczą się w sposób zupełnie niezgodny z protokołem dyplomatycznym. Cesarski żaglowiec bardzo szybko musi opuszczać niegościnne nagle wody, uwożąc na swym pokładzie niedoszłą Traktatową Narzeczoną, tudzież pozostałych członków Sprzysiężenia Czerwonego Wilka, jak również mniej entuzjastycznie witanych na pokładzie gości, wśród których przoduje zły czarownik Arunis. Żeglując przez Morze Rozległe, zmagając się z kaprysami pogody, coraz silniejszymi niesnaskami panującymi wśród załogi, jak i z promieniującą złowrogą mocą przewożonego pod pokładem artefaktu,
Chathrand kieruje się ku tajemniczym brzegom cesarstwa Bali Ardo. Nikt jednak nie jest do końca pewien, czy to ostateczny cel podróży.
Redick lubi zaskakiwać czytelników, podsuwać im pozornie ostateczne rozwiązania, by po chwili przekonali się, iż był to tylko kolejny fałszywy trop. W
Sprzysiężeniu Czerwonego Wilka punktem wyjścia był traktat, który obiecywał pokój pomiędzy Arqualem a Mzithrinem, ale z czasem okazało się, iż stanowił on jedynie pozór, zaś właściwym celem prawej ręki Cesarza – mistrza szpiegów Otta – było rozpętanie wojny. Teraz pisarz jeszcze bardziej komplikuje sytuację, gdyż fabuła nie sprowadza się jedynie do klasycznego motywu tak wielu powieści
fantasy, czyli żądzy zawładnięcia światem. Odnosi się wrażenie, że istnieje nieskończona mnogość intryg, a każda z nich – niczym w rosyjskiej matrioszce – kryje się we wnętrzu poprzedniej, i w pewnej chwili czytelnik może poczuć się nieco zagubiony, próbując dociec, kto za tym wszystkim stoi. To jednak inspirujący rodzaj niepewności, skłaniający do myślenia i wysnuwania własnych wniosków, rodzaj wymuszonej przez pisarza gry, do której przystępuje się z entuzjazmem, by sprawdzić, na ile nasza własna wyobraźnia dorównuje jego pomysłom fabularnym.
Przyjemność tę potęguje fakt, iż
Szczury i Morze Rozległe napisane są w sposób wciągający już od pierwszej strony. Redick postępuje wedle receptury Hitchcocka, rozpoczynając od mocnego akordu (dramatyczna scena ślubu Thashy), by w miarę rozwoju akcji dramatyzm potęgować. Wplątuje swych bohaterów w nieustającą serię przygód, lecz nie są one ukazane tak nieudolnie jak w pierwszym tomie. Jedynie rok dzieli daty wydania
Sprzysiężenia… i
Szczurów…, a odnosi się wrażenie, jakby minęło co najmniej kilka lat, podczas których autor dopracował swój warsztat pisarski. Trudno uwierzyć, iż obie te książki wyszły spod ręki tego samego twórcy. Pierwsza część była raczej szkieletem fabularnym niedbale wypełnionym treścią, bardziej literacką wprawką przypominającą szkolne wypracowanie niż powieścią właściwą. Natomiast w drugim tomie Redick zaskakuje dojrzałą, w każdym szczególe przemyślaną prozą. Znika odczucie, iż jest to książka adresowana do młodego czytelnika, gdyż autor wychodzi daleko poza ramy opisywania dokonań młodocianych bohaterów. Wydarzenia, co prawda, nadal obserwujemy, towarzysząc głównie Pazelowi i Thashy, lecz ta dwójka, naznaczona doświadczeniami, bardzo się zmieniła. W znacznie większym, w stosunku do poprzedniej powieści, stopniu do głosu dopuszczane są inne postaci, wśród których prym wiedzie szermierz Hercól, zdetronizowana przywódczyni ixcheli Diadrelu, a także kapitan Rose.
Niestety, ową ewolucję prozy Redicka najsłabiej widać w kreacji bohaterów. To nadal dość schematyczny czarno-biały podział. Postaci są albo z gruntu złe, albo szlachetne, prawe i postępują zawsze wedle wyśrubowanego kodeksu moralnego nawet, jeśli zdarza im się go złamać, bardzo szybko wracają na drogę cnoty. Taki właśnie jest Pazel – inteligentny, zdolny, zapalczywy, do tego wierny swym przekonaniom i gotowy do największych poświęceń w ich imię. Przy tym wszystkim zaś – nudny. Od początku do końca przewidywalny, postępuje niemalże niczym wcielenie podręcznikowego szlachetnego młodzieńca – papierowego aż do bólu. Nieco bardziej interesująco prezentuje się w tym tomie Thasha, która, uwolniwszy się od brzemienia obowiązku zamążpójścia, zaczyna eksperymentować z własną kobiecością, poddając się czarowi kolejnych mężczyzn, a jednocześnie zgłębia nieco mroczniejsze strony swej osobowości, popadając w stopniowe szaleństwo i bawiąc się uczuciami bliskich sobie ludzi, nie na tyle jednak, by przestać ją uważać za przedstawicielkę jasnej strony. Natomiast Arunis to kanoniczny, karykaturalny wręcz szwarccharakter – tak zły, że każdy moment jego pojawienia się na kartach książki wywołuje automatyczne zagęszczenie atmosfery. Jego diaboliczne knowania, chęć sięgnięcia po moce zdolne zachwiać posadami świata, jak również fakt, iż zdążył poważnie się narazić nieomal wszystkim państwom rozrzuconym na mapie Alifrostu, miast budzić grozę, zaczynają w pewnym momencie śmieszyć.
Okazuje się, że najciekawsze i najbardziej zróżnicowane są postaci drugoplanowe: tylko w ich wypadku można powiedzieć o próbach ukazania bardziej wielowymiarowych wizerunków w różnych odcieniach szarości. Szczególnie wyraziste jest to w przypadku kapitana Rose – człowieka opętanego przez własne demony, który, mimo poczynań moralnie bardzo wieloznacznych, budzi sporą sympatię. I są też oczywiście szczury. Prowadzone przez charyzmatycznego przywódcę, gryzonia, który z żarliwością neofity pragnie cały świat (a na początku – okręt) zmusić do posłuszeństwa.
Równoprawnym bohaterem jest sam
Chathrand. O ile w pierwszej części stanowił jedynie tło, bardziej na miarę teatralnych dekoracji niż prawdziwej jednostki przemierzającej morza i oceany, teraz zyskał niemalże ludzką osobowość. To moloch, w którego trzewiach mieści się cały mikroświat, rejony, w których jeszcze nie postała ludzka stopa, kabiny opieczętowane magiczną mocą, kryjówki ixcheli i domeny rządzone przez szczury. Redick tym razem rzetelnie zapoznał się z żeglarską terminologią i potrafił ją w sposób nienachalny wprowadzić w nurt fabuły, tak aby nawet czytelnik niezbyt w niej wprawny zrozumiał o czym mowa, natomiast ów dobrze z nią obeznany nie odniósł wrażenia, że czyta bzdury. I wreszcie otrzymujemy nakreślone z niezwykłym rozmachem sceny morskie. Opisy sztormów, bitew przedstawionych w niezmiernie dramatyczny sposób, a także przytoczenie codziennej doli marynarzy – czyli to wszystko, czego zabrakło w
Sprzysiężeniu….
Kolejnym elementem świadczącym o tym, iż pisanie przychodzi Redickowi z coraz większą łatwością, jest znacznie lepiej dopracowana wizja świata. Otrzymujemy kolejną porcję informacji na temat jego historii, uzupełnienie luk z pierwszego tomu, wiele opisanych tam wydarzeń zostaje też pokazanych w zupełnie nowym świetle. Poznajemy bliżej wzorowany na orientalnych imperiach Mzithrin wraz z jego skomplikowanym systemem kapłanów-wojowników. Zmienia się także sposób opisywania wykreowanych przez autora ras. To nie są już tylko zdawkowe fakty lub sama obco brzmiącą nazwa. Cała ta fantastyczna menażeria jest szczegółowo sportretowana, a jako że inspiracje pisarz czerpie zarówno z greckiej mitologii, ludowych podań, jak i zoologicznych podręczników, otrzymujemy istne panoptikum niezwykłych istot.
Choć
Szczury… należą do gatunku
fantasy, to bardziej przypominają powieść awanturniczo-przygodową, gdyż elementów
stricte fantastycznych jest w niej bardzo mało – ot, szczypta zaostrzająca smak całości. Magia pojawia się w minimalnych dawkach i na temat zasad nią rządzących dowiadujemy się niewiele, otrzymując dwie odmienne od siebie definicje: jedną z ust Arunisa, drugą od stojącego po stronie dobra czarodzieja Ramachniego.
Choć Redick prochu nie wymyślił, to znakomicie wie, jak go używać.
Szczury… to książka sprawnie napisana, znacznie ciekawsza i bardziej dopracowana niż pierwszy tom cyklu. I jednocześnie poważniejsza. Autor porusza w niej kwestie filozoficzne, stawia pytanie o naturę zła i nie waha się poświęcić swych bohaterów przeznaczając niektórym z nich tragiczny los. To już nie lekka i łatwa w odbiorze historia, lecz opowieść, która skłoni do zadumy i może poruszyć czytelnika. Dobra lektura na długie, zimowe wieczory, doskonale korespondująca z panującym za oknem zmierzchem – gdyż sama naznaczona jest cieniem mroku.
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...