08-04-2011 19:32

Przepowiednia madame de La Croix

Autor: Krzysztof Piskorski
Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Przepowiednia madame de La Croix Od autora


    Każdy pisarz ma w swoim komputerze folder wypełniony niedokończonymi projektami, notatkami oraz szkicami. U mnie nazywa się "My Documents/Teksty/Kompost". Jest szczególnie duży – i szczególnie nawiedzony. Straszy w nim tekstami, które pisałem w wieku dwunastu lat, tekstami w .tag oraz innych archaicznych formatach, których nie potrafiłbym już otworzyć, pomysłami tak kiepskimi, że na ich widok aż zgrzytam zębami, albo przeciwnie – pomysłami świetnymi, na których widok gryzie mnie z żalu, że nie miałem czasu albo okazji ich zrealizować. Nie wspomnę już o wirtualnych pajęczynach i szczurach…
    Co się dziwić, że nie zaglądam tam często, chociaż czasem co lepsze rzeczy "kradnę" do nowych tekstów albo przerabiam i kończę (tak powstał np. Jad). Ostatnio nie byłem tam od dawna, ale kiedy Anna Brzezińska napisała do mnie z prośbą o jakiś fajny materiał dla Poltera "na wyłączność", stało się dla mnie jasne, że pora założyć hełm z latarką i ruszyć na wyprawę do wnętrza dysku.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
    Z wyprawy wróciłem żywy, w stanie ogólnie nienaruszonym. A przyniosłem z niej TO.
    Cofnijmy się w czasie jakieś osiem lat. Dopiero upadła Magia i Miecz, swój żywot kończył Portal, a ja miałem na karku pierwsze publikacje literackie. Zajmowałem się jeszcze scenariuszami, ale napisałem już Wygnańca, powstawały następne części trylogii oraz opowiadania – między innymi Przepowiednia Madame de La Croix, którą będziecie mieli okazję czytać, jeśli uda Wam się przebrnąć przez ten długi i mętny wstęp. Dzisiaj widzę w niej model charakterystyczny dla moich pierwszych opowiadań – wziąłem mało używaną konwencję (w tym wypadku fantastyczną wersję epoki płaszcza i szpady), a potem osadziłem w jej realiach przygodową fabułę z twistem. Tekst nie został nigdy opublikowany; w prawie finalnej wersji, pozbawiony tylko jednej części, kluczowego zwrotu fabuły, leżał spokojnie przez wiele lat. Kiedy odkryłem go na nowo, czytałem go jak opowiadanie zupełnie obcej osoby – i bardzo mi się spodobał. Tyle tylko, że dzisiaj publikacja Przepowiedni nie miałaby większego sensu. Niektóre postacie w nieco zmienionych wersjach trafiły ostatecznie do Zadry (chyba każdy zgadnie, czyim protoplastą został Bascon), miejscem akcji jest Paryż, jest nawet scena pałacowa – a głupio się przecież powtarzać. Tym bardziej, że przez te lata zmienił się sposób, w jaki piszę, oraz tematy, o których chcę pisać...
    Niemniej jednak żal byłoby zostawiać to opowiadanie w "kompoście", tym bardziej, że po lekturze wpadł mi do głowy właśnie ten jeden, przeklęty element, którego wcześniej brakowało (złośliwość losu!). Dlatego, panie i panowie, przedstawiam Wam literacką podróż w przeszłość, w stanie niemal oryginalnym, jeśli nie liczyć lekko dopieszczonego stylu i paru nowych akapitów.
    Mam nadzieję, że spodoba się Wam tak samo jak mnie.


Krzysztof Piskorski



Przepowiednia madame de La Croix




    Wczesną wiosną roku pańskiego 1645 Paryż był ponurym i smutnym miastem – trudno zliczyć nieszczęścia, które naraz posypały się na jego mieszkańców. Gwałtowne roztopy podniosły poziom Sekwany, zalewając niższe dzielnice, a ludzie cierpieli głód, bo od miesięcy armia rekwirowała zboże. Na dodatek w stolicy rozpanoszył się dziwny pomór, zabijający w kilka dni pośród strasznych męczarni.
    Wojna, która miała przejść do historii pod nazwą trzydziestoletniej, trwała już dwadzieścia siedem lat. Młodzi ukrywali się przed werbownikami, bowiem marszałek D'Anduze, chcąc uzupełnić pułki, które poniosły wielkie straty w Niderlandach, ogłosił właśnie kolejny przymusowy zaciąg. Na ulicach nie widywano już koni zaprzęgowych ani osłów – zabrało je wojsko lub zjedli właściciele. Muszkieterzy z trudem utrzymywali porządek, a mimo licznych wyroków śmierci codziennie dochodziło do rozbojów, albo linczów na Żydach i protestantach winionych przez plebs za wojnę oraz zarazę.
    Ale były miejsca, które nie poddawały się ponuremu nastrojowi, szlacheckie rezydencje na przedmieściach, gdzie bawiono się co noc, do białego rana. Szczególnie słynne były zabawy, które organizował kapitan van Ruysdel – holenderski najemnik i kawalerzysta, od bitwy pod Compiègne prawa ręka samego marszałka. Van Ruysdel słynął z rozrzutności, a trzeba przyznać, że miał co wydawać, bo pobierał z pałacu pensję dwunastu tysięcy złotych liwrów. Ciągnęła do niego tłumem zbiedniała szlachta i zadłużeni żołnierze, a sam widok stawek, które leżały u van Ruysdela na karcianych stołach, rozpalał ludzi do czerwoności.
    Zatem mimo gromów, które kardynał Mazzarini rzucał na hulanki w czasie wojny, co wieczór w pałacyku van Ruysdela panował tłok. Oficerowie używali życia, rozpuszczając oszczędności przed wyjazdem na front, zaś ci, którzy właśnie wrócili z pól Meklemburgii, Hesji i Wirtembergii, radośnie wydawali żołd oraz zdobyczne złoto. I choć clou programu zawsze był hazard, nie brakowało też rozmów, ani tańców, bo w salonie van Ruysdela pojawiały się również damy. Jeśli można je określić mianem “dam” – spora część była po prostu luksusowymi kurtyzanami, które szukały bogatych kochanków. Trafiały się także dziewczęta ze zbiedniałych rodzin, przysyłane przez rodziców w towarzystwie starszych braci, aby znalazły sobie dobrą partię, a że Królestwo Francji walczyło już od niemal dziesięciu lat, najlepszą byli młodzi oficerowie. Nie mieli wobec stanu przyszłych żon dużych wymagań, a mogli przynieść im bogactwo i zaszczyty – albo rychłe owdowienie, po którym mogły szukać następnego kandydata.
    Szczególnie często gościł u van Ruysdela kawaler Jacque De’Vrie. Po pierwsze znał go, bo służyli razem w kampanii niderlandzkiej, a po drugie szukał wpływowej osoby, z której protekcją mógłby otrzymać stopień wyższy od porucznika jazdy, którym mianowano go ze względu na słabe urodzenie i nieduży majątek.
    De’Vrie i van Ruysdel siedzieli właśnie w ustronnym, cichym gabinecie, przy stole do pamfila. Noc była gorąca, a przez okno bił smród przepływającej nieopodal Sekwany. Jasne loki peruki Holendra przyklejały się do spoconego czoła, ale mimo to van Ruysdel nie zdjął nawet części ubrania; on i jego jedwabny, przepasany szarfą mundur byli nierozłączni. Obok, oparta o krzesło, stała pysznie zdobiona schiavona, zdobyta na weneckim kondotierze w bitwie pod Breitenfeld. Van Ruysdel, choć małej postury, był wyśmienitym fechmistrzem, z którym niewielu w Paryżu mogło się równać. Tylko dlatego wciąż żył, choć powszechnie zazdroszczono mu pozycji, a kardynał Mazarin głośno narzekał, że kalwiński heretyk pełni ważną funkcję w armii Jego Królewskiej Mości.
    De’Vrie, który siedział naprzeciw kapitana, zachowywał się mniej formalnie. Rozpiął kaftan, zdjął z szyi hiszpańskie koronki. Mimo to pocił się równie mocno. Karty, wydrukowane na podłym papierze, marszczyły się w jego mokrych dłoniach.
    – Dalej, kawalerze – zachęcił go van Ruysdel. – Nie masz zamiaru się wycofać?
    De’Vrie skubał nerwowo wąsa. Rzucił już na stół ostatnie złoto, a sprytny Holender zagarnął trzy czwarte puli. Jacque De’Vrie mógł jednak wciąż wziąć pozostałą jedną czwartą i odejść.
    – Bierzesz mnie na honor? – rzekł. – I po co ci moje marne kilkaset liwrów?
    – Ha! Istotnie: nie złoto mnie interesuje. Ja po prostu lubię wygrywać, De’Vrie. A może chcę cię sprawdzić? W końcu odwaga to najważniejsza cnota oficerów. Więc jak? Jeszcze jedna kolejka?
    Jacque sięgnął pod białą koszulę, gdzie wisiał talizman z króliczej łapki, mający zapewnić szczęście w kartach. Zacisnął na nim dłoń.
    – Gram – odparł.
    Karty poszły w ruch. Artrand i Cousto, którzy skończyli partię przy sąsiednim stoliku, podeszli popatrzeć na grę gospodarza. Służący w niebieskiej liberii dolał wina do kielichów.
    Po wymianach i roszadach De’Vrie zaczął układać na stole swoją figurę. Jednak na każdą jego kartę Holender miał lepszą. Po owalnej, chłopięcej twarzy Jacque'a spłynął pot.
    – Touchè! – krzyknął van Ruysdel, gdy ostatnia karta wylądowała na blacie. Artrand i Cousto zarechotali, zaś De’Vrie zbladł.
    – Mon cher! Cała pula moja! – powiedział kapitan i zgarnął monety na bok. – Razem ze wczorajszą przegraną winny mi jesteś jeszcze tysiąc liwrów.
    De’Vrie wstał dysząc ciężko. Był już nieco pijany, a pokój kręcił się przed jego oczami.
    – Podpuściłeś mnie! – wycedził przez zaciśnięte zęby.
    Van Ruysdel uśmiechnął się niewinnie.
    – Mogłeś nie grać, przyjacielu.
    Jacque zaklął siarczyście, zamachnął się i zrzucił ze stołu karty. Holender spoważniał, a jego dłoń przesunęła się w stronę weneckiej szpady. De’Vrie jednak nie zamierzał wszczynać awantury. Ruszył chwiejnie w stronę drzwi i porwał pełną karafkę z tacy lokaja.
    Gdy wychodził z pokoju usłyszał za sobą głos Artranda:
    – Widziałeś to, Cousto? Parweniusz zawsze będzie miał maniery chama, nawet po roku w Paryżu.
    W sali kominkowej większość gości była już pijana. Diuszesa Monmort chichotała głośno, słuchając sprośnych dowcipów łysego konstabla De’Nevers. Jej pomarszczona, nieładna twarz była czerwona od nadmiaru wina. Przy stoliku z trunkami zebrała się spora grupka gości. Obserwowali figle, jakie wyprawiał mały niedźwiedź, którego przywiózł ze sobą poseł polski, hrabia Staniewski. Hrabia stał na krześle z szablą w dłoni, wydając komendy lokajom, a oni sadzali na niedźwiedziu przerażonego karła – kucharza van Ruysdela – którego damy przebrały ze królewskiego posłańca. Wszyscy śmiali się z tego do rozpuku. Tymczasem w ciemnych kątach sali dyskutowały mniejsze i większe grupki gości.
    De’Vrie stał chwilę zastanawiając się dokąd pójść. Wiedział, że wygląda nieodpowiednio w rozchełstanej koszuli i rozpiętym kaftanie, jednak nie przywiązywał do tego wagi. Był wściekły i rozczarowany. Podniósł do ust karafkę i osuszył ją duszkiem.
    – Tutaj, De’Vrie! – zawołał ktoś.
    Jacque rzucił wokół nieprzytomnym wzrokiem i dopiero po dłuższej chwili zobaczył machającego ręką przyjaciela, który siedział z paroma osobami przy oknie. De’Vrie ruszył chwiejnie w ich stronę.
    Młody La Fochelle, syn ministra La Fochella, właśnie tam przemawiał żywo gestykulując:
    – …tego się spodziewać. Powtórzę jeszcze raz! Anglia straciła zęby i nie odgrywa większej roli. Cromwell…
    – Cromwell to diabeł! – przerwał mu diuk Monmort. – Szatan, co podjudza prostaków do bezbożnego dzieła! Jest groźny jak jadowity wąż! Odwrócić uwagę od jego heretyckich knowań – to narazić się na cios w plecy!
    – Ten prostak nie pociągnie za sobą całej armii angielskiej, a Karol mógł to zrobić. Anglia pod przywództwem Cromwella jest słabsza i mniej groźna!
    – Nie jest! Słaba była pod rządami tego koronowanego imbecyla, najgorszego z linii Stuartów, który nie potrafił poradzić sobie z własnym parlamentem czy z utrzymaniem w ryzach własnych poddanych. Co to za król, który wytracił najlepsze regimenty, walcząc z bandą obszarpanych prostaków. Pamiętacie Marston Moor? Na Boga! Gdybym to ja dowodził…
    Jakiś oficer roześmiał się:
    – Gdybyś ty dowodził, hrabio? Daruj nam kolejny wywód. Nie raz słyszeliśmy o twoim strategicznym geniuszu.
    – Kpisz ze mnie? Uważaj, bo…!
    – Bez kłótni, panie Monmort – przerwał zaraz La Fochelle. – Nie chcemy tu rozlewu krwi. Czyżby zabrakło ci argumentów, że chcesz sięgać po szpadę?
    – Mnie? – Monmort poprawił ogromną perukę. – Poczekaj, młodziku! Najlepsze chowam zawsze na koniec. Chcecie dowodów, że Cromwell to diabeł wcielony? A znacie mojego bratanka, Gasparda Monmort?
    Zebrani przytaknęli.
    – Wiecie zatem, że Gaspard ledwie przed dwoma miesiącami wrócił z Anglii, gdzie na osobisty rozkaz króla prowadził rozmowy z okrągłymi głowami z parlamentu. Był nawet w domu Cromwella i zamienił z nim kilka słów. Wiecie co tam widział? Poszatkowane szlacheckie ciała! Cromwell nie zaśnie, jeśli nie zje na kolację świeżego mięsa katolickiego księdza lub królewskiego kawalera. W jego gabinecie stale unosi się odór siarki, a w nocy dochodzą z niego odgłosy tak okropne…
    La Fochelle zachichotał.
    – Myśli pan, diuku, że uwierzymy w te brednie?
    – To nie brednie! Zaręczam…
    La Fochelle zaśmiał się jeszcze głośniej. Monmort poczerwieniał, a jego dłoń spoczęła na rękojeści szpady. Na szczęście w tym momencie przyszła Vivien du Plessis, młoda i urocza żona van Ruysdela. Choć nie bywała za młodu na dworach, co nie dziwiło, biorąc pod uwagę, że karierę zaczęła w podparyskim burdelu, miała niezwykły talent towarzyski, dzięki któremu najbardziej zażarte kłótnie rozwiązywała jednym, celnym zdaniem.
    – Och, panie Monmort! – przerwała mu. – Niechże pan, miast toczyć polityczne batalie, walczy o swoją biedną małżonkę. Biedaczka zaraz rzuci się w ogień przez tego potwora, konstabla De’Nevers.
    Zebrani roześmiali się. Istotnie – diuszesa była już wyraźnie zmęczona wywodami pijanego mężczyzny, ten jednak trzymał ją za rękę, uniemożliwiając przerwanie rozmowy w kulturalny sposób. Diuk sapnął, poprawił aksamitną szarfę, skłonił się wszystkim i ruszył w stronę kominka. Vivien błysnęła ząbkami i zaraz znikła, by dalej krążyć po sali upewniając się, czy wszystko idzie właściwym torem.
    De’Vrie rozparł się w fotelu i przygryzał wargi. Choć Monmort go rozbawił, wciąż nie mógł sobie darować sromotnej porażki.
    Tymczasem Tufferand – przyjaciel Jacque'a – wstał i zabrał głos.
    – Moi mili! Pouczeni przykładem powinniśmy odłożyć na bok sprawy polityki, bo w wielu głowach wzbudzają niepotrzebne wrzenie.
    Kilka osób przyklasnęło Tufferandowi. On tymczasem kontynuował:
    – Pozwolę sobie więc, jeśli damy wyrażą zgodę, opowiedzieć pewną mroczną i straszną historię, w którą z pewnością nie będziecie mogli uwierzyć. Ręczę jednak własną głową, że zdarzenia, o których powiem, są prawdziwe i miały miejsce ledwie dwa tygodnie temu.
    Kilka młodszych dziewcząt westchnęło. Madame Valaise, starsza kobieta w niemodnej sukni, spytała:
    – Mam nadzieję, paniczu Tufferand, że opowieść nie jest w jakiś sposób nieprzystojna? Inaczej będę musiała zabrać stąd moje dziewczęta.
    Córki pani Valaise skrzywiły się.
    – Ależ skąd, droga pani – odparł Tufferand. – Historia jest porządna, a przy tym, na swój sposób, pouczająca.
    Zaskarbiwszy sobie uwagę widowni, Tufferand zaczął opowieść. De’Vrie ziewnął. Słyszał tę historię już kilka razy. W zasadzie mało kto w Paryżu jeszcze jej nie słyszał. Rozchodziło się o tajemniczą wróżkę, niejaką madame de La Croix, która niedawno otworzyła gabinet na Rue Petit i świadczyła usługi dla bogatej szlachty. Powoływała się na mistyczne, egipskie nauki, które poznała w dalekich podróżach i dzięki którym umiała przewidzieć przyszłość. Niedawno trafił do niej młody pułkownik, który miał wyjechać na front i chciał się dowiedzieć, jaki czeka go los. Madame de La Croix przepowiedziała, że za trzynaście dni i osiem godzin padnie ugodzony kulą z muszkietu w samo serce. Pułkownik bardzo przejął się wróżbą i wykupił od służby żywą gotówką. Najął kilku zbirów, strzegł się lepiej niż królewscy poborcy podatków. Trzynastego dnia od wizyty u wróżki jechał właśnie ulicami Paryża, gdy padł strzał. Nieszczęśnik był martwy, nim jeszcze spadł z konia. Zabił go przypadkiem pewien staruszek, który wypalił z rusznicy do syna w rodzinnej kłótni. Starzec niedowidział już i chybił, a kula wyleciała przez okno, by trafić przejeżdżającego pod domem oficera.
    Od tego momentu o madame de La Croix zaczęło być głośno. Znaleźli się nawet tacy, co mówili, że swym kunsztem dorównuje mistrzowi Michałowi de Nostre-Dame. Nie przysporzyło jej to wszelako klientów – zupełnie jakby ludzie, nawykli do traktowania wróżb jak niewinnej zabawy, bali się poznać prawdziwą przyszłość.
    – …dlatego właśnie – skończył Tufferand – nikt przy zdrowych zmysłach nie pójdzie już do tej czarownicy pytać o swój los. Nie ma bowiem nic gorszego, niż znać godzinę śmierci i wiedzieć, że jest już postanowiona i żaden wysiłek nie może jej zmienić.
    Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Gdzieś z tyłu słychać było przerażone kwiki niedźwiedzia. De’Vrie prychnął.
    – Bzdury, Tuff… Tufferand – powiedział, choć plątał mu się język. – Nie ma żadnych wróżb i ża… żadnych wiedźm. Pułkownik miał pecha, ot cała historia.
    – Co też pan mówi – oburzyła się jedna z kobiet. – Taki zbieg okoliczności jest zupełnie, ale to zupełnie niemożliwy!
    Jacque wzruszył ramionami.
    – Ależ jest! Droga pani, madame musi dawać kilka porad dziennie. W ciągu ro… roku daje to grubo ponad tysiąc wróżb. Nie dziw… dziwota, że jedna przypadkiem się spełniła.
    Kilka osób mruknęło w niezadowoleniu. De’Vrie – pijany i w cynicznym nastroju – psuł im zabawę. Tufferand uśmiechnął się krzywo.
    – Jeśli jesteś pewien, powtarzam: pewien, że madame jest oszustką, to pójdź do niej. Niech przepowie twoją śmierć i zobaczymy, czy wszystko się spełni.
    Ktoś zaśmiał się. De’Vrie milczał.
    – Idę o zakład, że się nie odważysz, Jacque.
    – Ja też się założę – wtrącił Cousto.
    De’Vrie wyszczerzył zęby, chwilę kalkulował coś w myśli, a potem rzekł:
    – Dobrze! Załóżmy się. Jeśli uwo… udowodnię, że jej wróżby się nie spełniają, płacicie mi po… po tysiąc liwrów.
    – A jeśli przepowiednia się sprawdzi? Cha, cha! Kto nam wtedy odda pieniądze?
    – Napiszę tet… testament i zostawię go słudze.
    – Dobrze… To uczciwy układ. Tylko nie mów potem, że byłeś pijany i nieświadomy!
    – Ani mi w głowie.
    De’Vrie podał kolejno dłoń Tufferandowi i Cousto.
    – Kawalerze La Fochelle! Bierzemy pana na świadka – zawołał ten ostatni.
    – Oczywiście. Z radością przekonam się, kto ma rację.
    Tylko córka pani Valaise nie wyglądała na rozbawioną:
    – Och, panie De’Vrie! Uważam, że popełnia pan błąd! Igrać z piekielnymi mocami dla zakładu…
    Przerwała, skarcona wzrokiem matki. Rozbuchany alkoholem De’Vrie odparł:
    – Piekielne moce mam tam, gdzie świe… światło dnia nie sięga, panienko. Pospołu z wróżbami… i tą waszą… waszą madame.
    – Ależ kawalerze! Proszę się zachowywać przy damach.
    De’Vrie zarechotał i wyszedł chwiejnie z kręgu, roztrącając ludzi. Na odchodnym krzyknął jeszcze do Tufferanda:
    – Gotuj swoje tysiąc liwrów! Poja… Pojadę do wiedźmy jutro. A pan, kawalerze La Fochelle, niech będzie na Rue de Saint Germaine o ósmej.
    Pani Valaise głośno skomentowała brak ogłady Jacque'a, lecz on nie zareagował. Przywykł już do łatki nieokrzesanego prowincjusza. Zresztą w takim sądzie było wiele prawdy, bo pochodził z Prowansji i czuł się źle w Paryżu. Ale tylko tu – wśród intryg i arystokratycznych koterii – mógł znaleźć stanowisko odpowiednie do swojego urodzenia, przecież ojciec Jacque’a wywodził korzenie ich rodu od samego Karola Młota.
    De’Vrie wyszedł z sali kominkowej nie kłaniając się nikomu. Nareszcie miał szansę. Jeśli wygra te dwa tysiące, spłaci van Ruysdela, odda długi i zaległy czynsz.
    Zaraz za drzwiami złapał go Gouldet – daleki kuzyn, z którym dziś tu przyszedł. Wyglądał na znacznie bardziej trzeźwego. Zagrodził mu drogę i stał pewnie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.
    – Przesadziłeś, Jacque – powiedział. – Obraziłeś van Ruysdela, a na dodatek jeszcze ten głupi zakład. Powinieneś raczej myśleć o spłacie zobowiązań!
    De’Vrie miał już dość upomnień, a już na pewno dość myślenia o długu.
    – Zejdź mi z dro… dro… drogi, Goudlet. Nie potrzebuję głosu sumienia. Van Ruysdel to kal… kalwińskie ścierwo! Gnida! Pchła! – krzyknął i zatoczył się.
    Osoby, które stały bliżej drzwi, odwróciły się w stronę Jacque’a z chorobliwą ciekawością.
    – Co… Co mi zrobi? Będzie się procesował o półtora tysiąca liwrów? Jaki sę… sędzia przyzna rację heretykowi!
    – Powstrzymaj język, na Boga. Jeszcze ktoś usłyszy!
    – Zejdź mi z drogi!
    Goudlet pokręcił głową i odstąpił, a De’Vrie niemal stoczył się po schodach. Zaraz – nie wiadomo skąd – pojawiła się para lokajów, którzy podtrzymali go, sprowadzili na dół i ubrali w płaszcz. Potem wyszedł w ciemną noc, minął bramę pałacyku i ruszył pieszo ciemną ulicą.
    W oddali psy wyły do księżyca.

***


    Deszcz lał grubymi strugami i spływał po kapeluszach maszerujących strzelców. Oddział grzązł w rozmokłym polu, a ściana lasu, ku której mozolnie zmierzał, zdawała się wcale nie zbliżać. Gdzieś daleko rozbrzmiewał co chwila basowy pomruk armat. Jeźdźcy znikali na horyzoncie, pędząc, by wspomóc lewe skrzydło, zasypane huraganowym ogniem kartaczy z bawarskich pozycji. Tymczasem kolumny strzelców, zostawione bez kawalerii i na grząskim gruncie, były w niebezpieczeństwie. Zwiadowcy donieśli wcześniej, że dwa szwadrony wrogich dragonów zbliżały się od wioski Garhe. Gdyby zastały Francuzów zakopanych po szyję w błocie, urządziłyby im rzeź.
    Na małym wzgórzu, między brnącymi naprzód szeregami, stał generał, otoczony przez adiutantów. Przez złotą lunetę długo obserwował las, jakby starał się ocenić odległość co do stopy. Wreszcie odłożył przyrząd.
    Był zadziwiająco młody. Miał ładną, nieco dziecinną i owalną twarz. Spod przepysznego, Awiniońskiego kapelusza spływały mu naturalne, złote loki.
    Nagle od strony lasu doleciał huk. Bateria wroga! Coś kilka razy błysnęło pomiędzy drzewami i chwilę potem w szeregach Francuzów wybuchły pierwsze kartacze. Żelazne gwoździe i siekaniec, jakimi były nabite, zmieniały ludzi w krwawe strzępy. Dziesiątki rannych zwaliło się na ziemię, krzycząc rozpaczliwie. Szeregi zachwiały się, lecz oficerowie zaraz wprowadzili porządek. Choć wydawało się to niemożliwe żołnierze jeszcze przyśpieszyli.
    Generał zawahał się. Szacował szanse, zastanawiał się, czy atakować niewidoczne jeszcze działa, czy raczej dać sygnał do odwrotu. Wkrótce padła druga salwa, a jeden pocisk rozerwał bok wzgórza tuż przy dowódcy i wybuchł setkami odłamków. Kilku młodszych oficerów dosłownie zerwało z siodeł, a sam generał, kilkukrotnie ranny, zwalił się na ziemię.
    De’Vrie obudził się z krzykiem. Był we własnym łóżku, a słońce, które wpadało przez szczelinę między zasłonami, wskazywało, że jest już południe. Przetarł spocony kark. Sen był niesamowicie realistyczny, Jacque De’Vrie czuł jeszcze ból rozrywanej piersi i upadek na ziemię.
    Gdy był mały, czasem miewał podobne sny. Raz na przykład widział, jak siedzi w powozie jadącym przez nieznane okolice. Tydzień potem ojciec zabrał go w pierwszą podróż do Paryża. Ale… on generałem? Nie, to było całkiem niemożliwe!
    Wstał z łóżka i podszedł do cynowej misy z wodą, by umyć twarz.
    Tymczasem na dole, w kuchni, służący Bascon siedział na zydlu i polerował długie, kawaleryjskie buty. Drzwi na podwórze były otwarte, a po progu przechadzała się kura, niepewnie zaglądając do środka. Dzień był gorący i słoneczny.
    Bascon miał wyraz twarzy typowy dla prowansalskiego chłopa: wesoły, ale zarazem głupawy. Niskie czoło i mięsiste, zawsze półotwarte wargi nadawały mu wygląd imbecyla, choć w rzeczywistości miał wiele sprytu. Był okiem i uchem swojego pana. Co wieczór przynosił z miasta pełno plotek, bowiem ludzie mieli w zwyczaju popuszczać języka przy kimś, kto wyglądał na nieszkodliwego głupka.
    Bascon splunął na but gęstą, lepką flegmą i zaczął pracowicie rozmazywać ją po skórze. Żadne żydowskie błyszczydło czy świński tłuszcz nie mogły się równać z tym sprawdzonym, żołnierskim sposobem. But poddawany codziennie takiej kuracji błyszczał się jak lustro. Co więcej – błoto spływało po nim jak woda po kaczce.
    Na schodach zatrzeszczały deski. Służący zerwał się na równe nogi, a kawaler De’Vrie wszedł do kuchni odziany tylko w spodnie i nocną koszulę.
    – Jaki panicz blady! – powiedział Bascon.
    – Nie twoja rzecz. Siadaj i rób dalej, co masz robić. Jest zsiadłe mleko?
    – W dzbanie, w spiżarce.
    De’Vrie otworzył drzwiczki i zniknął w schowku, by zaraz wyłonić się ze sporym, krzemionkowym naczyniem. Na włosach miał resztki pajęczyny. Bascon uśmiechnął się, ale nic nie powiedział.
    – Wiadomo coś o moim bracie? – spytał De’Vrie między kolejnymi łykami.
    – Rano przyszedł od niego posłaniec, ten głupek Fabio. Jak mógł panicz puścić z wiadomością takiego powsinogę, co może przepaść na tydzień w pierwszej karczmie? Przecież…
     – Co powiedział? – przerwał De’Vrie.
    – Że panicza brat, Teobald, przybędzie do Paryża dziś w nocy.
    – Niedobrze. Zostaniesz sam – przygotujesz dom na jego przybycie, oczyścisz sypialnię. Ja mam wieczorem sprawę do załatwienia.
    Usta Bascona rozciągnęły się w uśmiechu.
    – O tak! Wiem! Jedzie panicz do madame de La Croix.
    De’Vrie odłożył naczynie.
    – Wie już cały Paryż?
    – Dużo ludzi o tym mówi. Pozwolę sobie zauważyć, że postępuje panicz nieroztropnie.
    Jacque skrzyżował ręce na piersi i oparł się o komodę.
    – Tak? – spytał.
    – Ludzie po targach gadają, że czarownicy, wypędzeni wojną z całej Europy, pozjeżdżali się do Francji. Czeskie wiedźmy, niemieccy magusowie, wszystkie zło, panie. No bo u nas tera anarchia i bezprawie, a zarazem bezpiecznie, bo całe wojsko na froncie. Jeden jezuita anonimus...
    To mówiąc Bascon wyciągną zza pazuchy wymiętą broszurkę.
    – …napisał o tym nawet traktat. O, proszę zobaczyć, paniczu!
    De’Vrie wziął do ręki druk. Marny papier i rozmazana czcionka wskazywały, że pismo pochodziło z jakiejś małej, kalwińskiej tłoczni. Na okładce widniał napis: "O wszeteczeństwie wszelakiem, co do Królestwa Francyji zjechało, by w dzień wojny i niepewności szatańskie obyczaje wprowadzać, a cnotę na manowce zwodzić".
    – Gdybym wiedział, że marnujesz pieniądze na takie śmieci, dawałbym ci mniejszą pensję, Bascon.
    – Nie moja wina, paniczu, że mnie świętej pamięci mateczka czytać wyuczyła. Umiem i już, to czasem się coś przeczytać zda.
    De’Vrie kartkował broszurkę. Zatrzymał się chwilę na rycinie, na której diabeł z wielkim członkiem gonił trzy przerażone mieszczki, odziane jedynie w czepki.
    – Przeczytam to sobie, Bascon – rzekł. – Ale co to ma do rzeczy?
    – Tyle, paniczu, że kto wie co naprawdę jest z tą madame? Może ona rzeczywiście wiedźma… Lepiej losu nie kusić!
    – Daj spokój. Nie zmienię planów z powodu jarmarcznych opowieści! Zresztą gdybym się teraz wycofał, straciłbym dwa tysiące. Nie mam takich pieniędzy.
    – Panicza wybór. Ale ja przed pójściem dałbym na tacę w kościele. No i kupił wisielczego korzenia.
    – Co?
    – No, korzenia. Członek wstydliwy nieboszczyka. Na odczynienie uroku.
    De’Vrie roześmiał się, pokręcił głową i wyszedł na podwórze zaczerpnąć świeżego powietrza. Do wieczora miał jeszcze sporo czasu, więc nie musiał się spieszyć. Za jego plecami Bascon charknął kilka razy i splunął na but.

***


    La Fochelle czekał na rogu Rue de Saint Germaine. Siedział sztywno w siodle i obserwował przejeżdżające wozy, które pod ochroną strzelców wiozły na front jedzenie oraz amunicję. Za wozami biegła obszarpana hałastra, w nadziei na to, że choć jeden bochenek wypadnie z koszy. Ci, którzy podeszli zbyt blisko lub próbowali czepiać się zaprzęgu, dostawali batem. Słońce chyliło się ku zachodowi i malowało na pomarańczowo ściany okolicznych kamienic.
    Do młodego szlachcica podjechał od tyłu De’Vrie. Stanął obok i przyglądał się scenie w milczeniu.
    – Biedacy – powiedział w końcu.
    La Fochelle prychnął.
    – Durnie, nie biedacy. Zamiast sadzić i zbierać wolą żebrać po ulicach, bo tak łatwiej. To straszna hołota, kawalerze De’Vrie. Powinno się ich posłać na front, lub wywieźć gdzieś daleko od stolicy. Na prowincji wzięliby się do roboty albo wyzdychali z głodu.
    – Jedziemy? – De’Vrie zmienił temat.
    – Oczywiście! – powiedział La Fochelle. – Z chęcią zobaczę tę całą madame. Zwłaszcza że to nie ja ryzykuję!
    Ruszyli wzdłuż ulicy, tuż przy rynsztoku, bo środek okupowały wozy. Kopyta koni ślizgały się w gęstej mazi. Ponieważ jazda się dłużyła, De’Vrie postanowił wrócić do rozmowy:
    – A jednak… Nie sądzi pan, La Fochelle, że cierpliwość plebsu kiedyś się skończy? W końcu z Anglii płynie teraz zły przykład…
    – Proszę mnie nie rozśmieszać, kawalerze. Naprawdę pan uważa, że ci obszarpańcy podnieśliby rękę na królewski autorytet? W Anglii to się udało, bo dwór Stuartów przypominał raczej burdel. U nas króla darzy się większym szacunkiem.
    – Wielu prostaczków twierdzi, że to nie wina króla, lecz regentury i kardynała. Właśnie na nich plebs może podnieść dłoń.
    – Wtedy im tę dłoń odetniemy wraz z całym ramieniem.
    Tymi słowami La Fochelle uciął dyskusję. Nie przypuszczał nawet, że za niecałe cztery lata małoletni Ludwik XIV i jego dwór będą uciekali z miasta, a paryskie ulice opanuje zbuntowany lud; że na placu, który właśnie mijali, rzemieślnicy dokonają rzezi miejskich urzędników…
    Ich cel, Rue Petit, znajdował się w dzielnicy o bardzo złej reputacji. Tamtejsze zaułki w nocy całkiem pustoszały i żaden szlachcic nie zapuszczał się w nie bez ochrony. Zmierzch już zapadał, więc jeźdźcy zdwoili ostrożność. Patrząc na ciemne czeluście bram, De’Vrie cieszył się, że ma przy sobie tak wyśmienitego żołnierza jak La Fochelle. Mimo to sprawdził czy pistolet jest nabity, i poprawił swoją szpadę.
    Zastanawiało go, dlaczego madame, choć z pewnością dobrze zarabiała, wybrała na swój gabinet kamienicę w tej właśnie dzielnicy. Wreszcie doszedł do wniosku, że było to rozsądne posunięcie. Sprawiała dzięki temu wrażenie, że nie boi się nikogo, przez co opowiadano, jak potężną musi być czarownicą. A jeśli chodzi o klientów, to wyprawa do krainy opuszczonych domów i zabitych deskami okien budziła w nich wielkie emocje, jeszcze zanim doszło do właściwego spotkania. Pani de La Croix była tajemniczą istotą, która zamieszkiwała groźne, dalekie miejsce – na pewno taki obraz dobrze wpływał na jej interesy.
    Wreszcie, po kilkunastu minutach błądzenia, odnaleźli Rue Petit i dom wróżki. Kamienica była odnowiona, przez co kontrastowała z otoczeniem. Przed nią znajdował się mały podwórzec z zarośniętą fontanną, odgrodzony od ulicy płotem. Po jego wewnętrznej stronie przechadzało się dwóch strażników z muszkietami, w ciemnogranatowych mundurach i kapeluszach z pawimi piórami. Madame widać nie oszczędzała na osobistej ochronie. Gdy tylko się zbliżyli, jeden z gwardzistów otworzył bramę i rzekł:
    – Proszę wejść, monsieur De’Vrie. Madame spodziewa się pana.
    Przez Jacque'a przeszedł dreszcz, gdy usłyszał swoje nazwisko. Szybko jednak odzyskał rezon. W końcu pani de La Croix musiała posiadać wielu szpiegów, a jego zakład był sprawą powszechnie znaną.

***


    Madame okazała się starszą kobietą o bardzo niepokojącym wyglądzie. Siedziała u szczytu stołu w ciemnym gabinecie, do którego gości zaprowadziła niema służąca. Wróżka miała na sobie czarną suknię z zabudowaną szyją – taką, jaką można było zobaczyć na obrazach z epoki Henryka II. Włosy upinała w wysoki i niemodny kok. Miała wodniste, bladoniebieskie oczy, które przywodziły na myśl ślepia śniętej ryby. Jeden kącik jej ust był wyraźnie obwisły. W bezruchu wyglądała jak wiekowy trup, którego ktoś wyciągnął z grobowca i przywiązał do krzesła. De’Vrie i La Fochelle, zdjęci strachem, nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić.
    Wreszcie usta madame poruszyły się.
    – Siadajcie, panowie.
    Mężczyźni zajęli miejsce naprzeciw wróżki, a De’Vrie utkwił wzrok w amulecie, który wisiał na jej szyi. Przedstawiał złotego żuka na tarczy pokrytej dziwnymi znakami i sprawiał wrażenie bardzo starego – napisy były częściowo wytarte, a pancerz owada miał wiele rys i wyszczerbień.
    – To talizman Ozyrysa – powiedziała kobieta, łapiąc spojrzenie La Fochelle'a. – Własnymi palcami zdjęłam go z mumii egipskiego arcykapłana w odwróconej piramidzie, ukrytej pod piaskami. Leżał pogrzebany tysiące lat.
    De’Vrie w normalnych okolicznościach zaśmiałby się z tej historii, lecz coś w wyglądzie wróżki i w nastroju tego pomieszczenia sprawiło, że wcale nie było mu wesoło.
    – Szanowna pani wie już, po co przyszedłem?
    – Oczywiście, kawalerze. A czy ty wiesz, że moje usługi są bardzo drogie?
    Jacque skrzywił się. Wczoraj nie pomyślał, że za wróżbę trzeba będzie zapłacić.
    – Ile?
    – To zależy, co chcesz wiedzieć.
    – Chcę znać godzinę swojej śmierci. I sposób, w jaki tę śmierć poniosę.
    Wróżka zmarszczyła czoło.
    – To będzie pięćset liwrów. Bardzo skromna cena, kawalerze. Jednak wróżby związane ze śmiercią przychodzą mi szczególnie łatwo.
    De’Vrie wzdrygnął się. Potem odpasał sakiewkę i rzucił ją na stół. Rozpiął kamizelkę, sięgnął pod koszulę i zdjął z szyi masywny, złoty krucyfiks. Następnie zsunął z palca pierścień z rubinem.
    – Mam tylko dwieście – rzekł – ale mogę dać jeszcze to.
    Madame okiem wytrawnego lichwiarza obejrzała przedmioty, które podsunął jej Jacque.
    – Wystarczy – kiwnęła głową.
    Zaraz potem wezwała służącą. Ta otworzyła drzwi i cicho niczym duch, z wzrokiem wbitym w podłogę, podeszła do stołu, niosąc srebrną czarę. Postawiła ją tuż przed panią. Madame odprawiła dziewczynę ruchem dłoni.
    – Muszę mieć kroplę twojej krwi, kawalerze – powiedziała, gdy drzwi zamknęły się. – Zmieszaj krew z wodą, a wtedy w czarze zobaczę twój los.
    Jacque podciągnął bez słowa rękaw, a La Fochelle podał mu nóż. Kawaler zrobił płytkie nacięcie na przedramieniu i wyciągnął je nad misą. Odrobina krwi zbierała się chwilę na krawędzi ręki, aż wreszcie spadła w dół karmazynową kroplą.
    – Wystarczy? – spytał.
    Madame de La Croix w odpowiedzi chwyciła jego ramię. Omal nie krzyknął, czując dotyk jej pomarszczonej, szorstkiej skóry i widząc paznokcie, które przywodziły na myśl ptasie szpony. Wróżka ścisnęła okolice rany, do wody spadło jeszcze pięć kropel.
    – Teraz wystarczy – rzekła.
    De’Vrie wyrwał się z ulgą.
    – Milczcie, bo inaczej widzenie nie będzie wyraźne – dodała madame.
    Mężczyźni wstrzymali oddech. Wróżka tymczasem przysunęła misę i zmieszała zawartość dłonią. Potem zamarła z twarzą nad błyszczącą taflą.
    Zdawało się, że mija wieczność. Zegar na ścianie, niewidoczny z powodu mroku, tykał powoli, odmierzając kolejne sekundy. Było tak cicho, że De’Vrie słyszał bicie własnego serca. Bał się nawet głębiej zaczerpnąć powietrza, a La Fochelle wydawał się nie mniej przejęty, choć to nie on miał zaraz usłyszeć przepowiednię.
    Na twarzy madame zachodziły przerażające zmiany. Jej czoło na przemian marszczyło się i rozciągało, oczy były wytrzeszczone jak u wisielca. Oparte na stole palce lewej dłoni rozczapierzyły się, jak szpony jastrzębia, który pikuje na ofiarę.
    Wreszcie kobieta oderwała wzrok od wody. Zdawało się, że jej usta są teraz jeszcze bardziej obwisłe, a zmarszczki głębsze. Przeniosła spojrzenie na Jacque'a. Po jego karku spłynął pot.
    – Zginiesz jutro po południu – powiedziała cicho. – Ugodzony szpadą w oko.
    De’Vrie poczuł, jak strach ściska mu żołądek. Wstał, skinął sztywno głową i ruszył w kierunku drzwi pogrążony w myślach. Towarzysz zerwał się z miejsca i podążył za nim.
    Gdy byli daleko od domu wiedźmy, La Fochelle wreszcie uśmiechnął się i odezwał:
    – No, De’Vrie! Rozchmurz się! Tylko jeden dzień! Już jutro dowiemy się czy ta kobieta jest szarlatanem, czy nie. Pomyśl, że mogła wyznaczyć ci dłuższy termin. Wtedy zakład stałby się kłopotliwy, a ty mógłbyś nie doczekać swoich pieniędzy.
    To jednak wcale nie poprawiło nastroju Jacque'a. Tłumaczył sobie uparcie, że madame de La Croix jest tylko zręczną manipulatorską, która wie jak wzbudzać emocje, ale mimo to dręczyło go złe przeczucie. Na wszelki wypadek nie zamierzał opuszczać jutro domu. Planował spędzić dzień w sypialni, a pod drzwiami postawić uzbrojonego sługę.

***


    Teobald De'Vrie wstał z łóżka i podszedł do stolika, by zapalić świecę. Nie krępowało go, że jest nagi. Bardziej przeszkadzał mu wieczorny chłód i zimny wiatr, który wpadał przez otwarte okno. Gdy je zamknął, usiadł na krześle i nalał do czarki trochę okowity. Oblizał wargi. Za nim, na łóżku spała zawinięta w prześcieradło dziewczyna, której smak jeszcze czuł.
    Poznał ją przypadkiem, gdy miał już opuścić karczmę i ruszyć w drogę do Paryża. Zeszła po schodach, szeleszcząc modrą suknią, kiedy kończył śniadanie. Jej czarne loki i smagła, ładna twarz od razu przyciągnęły spojrzenie wytrawnego kobieciarza.
    Teobald dowiedział się od karczmarza, że Beatrice mieszka w pokoiku na drugim piętrze już od miesiąca. Przyjechała z mężem – kierowali się do majątku jej matki w okolicy Calaise. Mąż zostawił ją, tłumacząc się sprawą, którą musiał załatwić w Paryżu. Miał wrócić w dwa–trzy dni, lecz zaginął bez wieści. Plotka mówiła, że naraził się jakiemuś hrabiemu i teraz dowodzi karnym regimentem na bawarskim froncie. Beatrice była jednak pewna, że mąż uciekł do swojej paryskiej kochanki albo został zarąbany w jakiejś ulicznej burdzie. Czekała jednak cierpliwie, bo co też innego mogła robić?
    De'Vrie, gdy usłyszał tę historię, zdecydował się przedłużyć pobyt w "Szalonym Staruszku", co okazało się decyzją ze wszech miar słuszną. Beatrice była znudzona dniami czekania na męża, jeszcze tego samego wieczora wylądowali w łóżku.
    Teraz Teobald siedział przed oknem i patrzył na światła Paryża, widoczne ponad czarną ścianą lasu. Wiedział, że przez swój mały flirt spóźni się do brata. Chciał powiadomić go, że nie przyjedzie, ale przeklęty goniec jeszcze nie wrócił – pewnie zaległ w jakiejś przytulnej tawernie.
    Teobald podkręcił palcem wąsa i wypił jednym haustem gorzałkę. Jacque na pewno zrozumie. Sam też skorzystałby z okazji.

***


    List przyszedł nad ranem. Był skreślony smukłym, energicznym pismem, w którym kawaler De'Vrie od razu rozpoznał rękę van Ruysdela.

     Monsieur De'Vrie!

    Jeśli liczyłeś na to, że hańbiące kalumnie, które rzuciłeś pod moim adresem w mym własnym domu, ujdą bez kary, myliłeś się. Doprawdy nie myślałem, że z ust osoby, której tak wydatnie pomogłem i która tyle mi zawdzięcza, spotka mnie równie wielka obraza. Nie wiem, na ile francuscy parweniusze są uczeni dobrych manier (a z pańskiego zachowania mniemam, że nie jest to nauka dostateczna), ale w moim kraju za podobne słowa spotkać może człowieka tylko jedno – rychła śmierć. Nie jest tu wytłumaczeniem nawet alkohol, którego masz Panie w zwyczaju nadużywać.
    Kawalerze! W obliczu despektu, jaki uczyniłeś mi przy damach i szlachetnie urodzonych gościach, uznaję, że jest tylko jedno zakończenie tej sprawy, które uznam za satysfakcjonujące. Wyzywam Pana na pojedynek, dziś o zachodzie słońca, na cmentarzu za kościołem Saint Claire. Proszę o przyprowadzenie własnego sekundanta. Walczyć będziemy na śmierć i życie przy użyciu szpady flamandzkiej. Mniemam, że nawet osoba niższego urodzenia, jaką jest Pan, nie zniży się do ucieczki albo próby donosu o nielegalnym pojedynku. Na wszelki wypadek zaznaczam, że w takim razie straciłbyś, kawalerze, swoje dobre imię i honor, o szansie na miejsce w królewskiej armii nawet nie wspominając.

    Tymi słowami żegnam, oczekując, że spotkamy się jeszcze dziś na ubitej ziemi, kapitan Drugiego Pułku Kawalerii, kawaler Orderu Wstęgi, Jacob Peter van Ruysdel


    Po przeczytaniu listu Jacque zbladł jak ściana. Niemal już zapomniał o pochopnych słowach, które wykrzyczał w domu van Ruysdela. Zresztą był pewien, że nikt ich nie słyszał. A teraz? Co robić!? Miał dzisiaj nie wychodzić z domu, pod drzwiami czekał Bascon z rusznicą. Nie stawić się na pojedynek? Wzdragał się na samą myśl o podobnym tchórzostwie. Z drugiej jednak strony walka z van Ruysdelem zakrawała na samobójstwo.
    Przepowiednia, którą De'Vrie niedawno lekceważył, stała się nagle ponurym zwiastunem klęski, który rzucał cień na każdą jego myśl. Czyżby rzeczywiście madame miała rację? Czy padnie dzisiaj martwy z ostrzem wbitym w oko?
    Przez resztę dnia Jacque miotał się po pokoju jak zwierzę w klatce. Raz śmiał się głośno, raz zagryzał palce, czasem siadał, by przez kolejne minuty wpatrywać się tępo w ścianę.
    Basconowi wydawało się, że jego pan ze szczętem postradał zmysły. Gdy zaniósł mu ciepły obiad, został zwymyślany i niemal pobity. Usiadł więc na schodach, zastanawiając się, czy lepiej pójść po pomoc do proboszcza, czy do konstabla. Nie minęło jednak pół godziny, a drzwi otworzyły się i ukazały ubranego w wyjściowy strój Jacque'a. Na głowie miał swój kapelusz z piórami, przy pasie najlepszą szpadę. Tylko twarz – wymęczona i ściągnięta strachem - wywołała w Basconie drżenie.
    – Gdzie się panicz wybiera, jeśli można wiedzieć? – spytał.
    – Na pojedynek, Bascon. A ty idziesz ze mną.

***


    Kościół Saint Claire, który leżał na przedmieściach Paryża, daleko za Rue de Richelieu, był mały i popadał w ruinę. Cegły w ścianach kruszyły się, z dachu odpadały dachówki. Przyległy domek, pełniący rolę plebanii, zamieszkiwali tylko stary proboszcz i kulawy dzwonnik.
    Za kościółkiem wznosiło się wzgórze porośnięte wiekowymi dębami, gdzie z ziemi co kilka kroków wystawały spękane nagrobki. Wzgórze stanowiło jedno z ulubionych miejsc pojedynkowiczów, można tu było załatwić honorową sprawę bez świadków i bez obawy, że huk pistoletów sprowadzi straż. A w razie czego pod ręką był ksiądz, który udzielał za trzydzieści liwrów ostatniego namaszczenia.
    Gdy De'Vrie dotarł na cmentarz, van Ruysdel czekał tam już z La Fochelle’em i Cousto. Stali przy na wpół zapadłym w ziemię, rodzinnym grobowcu. La Fochelle trzymał w ręku podłużną skrzynkę. Van Ruysdel nie odezwał się, skinął tylko głową Jacque'owi. La Fochelle stanął między nimi i rzekł:
    – Będę świadkiem, kawalerze De'Vrie. Kapitan Cousto jest sekundantem monsieur van Ruysdela. A ten człowiek?
    – To Bascon, mój sekundant.
    Van Ruysdel prychnął.
    – Mieszasz w pojedynek osobę podłego stanu? Skąd mam być pewny, że twój Bascon na nas nie doniesie?
    – Nawet na torturach nie pisnę słówka – rzekł Bascon. – Przysięgam na najświętszą panienkę!
    – Nie znalazłeś żadnego szlachcica, który chciałby z tobą pójść? Nic dziwnego! – zadrwił Cousto.
    Jacque milczał. Zacisnął tylko pięści.
    – Zaczynajmy – powiedział van Ruysdel.
    La Fochelle otworzył skrzynkę. Leżały w niej dwa ostrza zawinięte w aksamit. Były to szpady flamandzkie, grubsze i nieco krótsze od zwykłych – cenili je szczególnie żołnierze, bo na polu walki większa siła ciosu była poważnym atutem. De'Vrie tylko kilka razy trzymał tę broń w rękach, choć nieźle walczył zwykłą szpadą. Van Ruysdel z kolei używał tylko szpad flamandzkich lub włoskiej schiavony. Był w nich obu mistrzem.
    – Jako świadek tego honorowego pojedynku – powiedział La Fochelle – zaręczam własną głową, że bronie są identyczne co do długości i wyważenia oraz równie ostre. Żadna nie jest pokryta jadem ani magiczną substancją.
    – Wybierasz pierwszy, kawalerze De'Vrie – rzekł Holender.
    Jacque zbliżył się i wziął obie szpady. Zważył je i obejrzał, nie przejmując się skrzywioną miną La Fochelle'a. Był zbyt rozsądny, żeby polegać na cudzym zdaniu. Przez dłuższy czas porównywał bronie, próbując ukryć, jak bardzo trzęsą mu się ręce. Coraz bardziej żałował, że uniósł się honorem i stawił na pojedynek. O wiele lepiej byłoby uciekać właśnie gościńcem na południe.
    Wreszcie wybrał jedną broń, a drugą rzucił van Ruysdelowi.
    La Fochelle zszedł im z drogi, a Bascon stanął za plecami Jacque'a.
    – Pamiętaj! – powiedział Cousto, gdy zajął miejsce za van Ruysdelem. – Jeśli zginiesz, mamy dostać nasze dwa tysiące!
    De'Vrie nie odpowiedział. Próbował skupić uwagę na przeciwniku, ale przychodziło mu to trudno – coraz bardziej odczuwał dotkliwe ssanie w żołądku. Dłonie pociły się i obejmowały rękojeść szpady sztywno, ramiona były jak z drewna. Tymczasem van Ruysdel uśmiechał się półgębkiem. Wyglądał na pewnego siebie.
    Przez chwilę De'Vrie miał nadzieję, że Holender nie zaatakuje – że zaproponuje odstąpienie od walki w zamian za publiczne przeprosiny albo jakiś upokarzający czyn. Nadzieje okazały się płonne. Kapitan van Ruysdel świsnął kilka razy szpadą, po czym miękkim, szermierczym krokiem ruszył w jego stronę.
    Jacque nie uciekał, lecz czekał gotowy do zbicia ciosu. Wiedział, że Holender jest mistrzem szybkich pchnięć i szermierczych sztuczek. Zamierzał po jego pierwszym uderzeniu przejść do desperackiego kontrataku. Szybkie zwycięstwo – przypadkowe trafienie, które minie zastawę – zdawało się jedyną szansą Jacque'a.
    Van Ruysdel pchnął z wypadu. Jacque odbił cios i chciał oddać, ale przeciwnik nie dał sobie odebrać inicjatywy. Choć De'Vrie wziął już zamach, Holender uderzył jeszcze raz, a potem odepchnął go o kilka kroków sekwencją silnych, precyzyjnych cięć. Jacque tylko raz znalazł moment dogodny do uderzenia, lecz jego pchnięcie zostało łatwo zbite, zupełnie jakby zadało je słabowite dziecko.
    De'Vrie odskoczył od przeciwnika. W głowie kołatały mu słowa madame de La Croix. Nogi i ręce coraz bardziej drętwiały ze strachu. Van Ruysdel uderzył znów, tym razem z paradą, a potem sfingowanym podcięciem. De'Vrie całkiem stracił koncentrację i tylko przypadkiem uniknął śmierci. Zebrał w sobie całą siłę i zaatakował. Chciał wykonać królewskie pchnięcie, którego uczył się od brata, ale poplątał kroki. Cios, zadany szybko i niecelnie, nie zagroził Holendrowi. Jacque uniknął jego kontrataku i znów naparł, gnany bardziej dławiącym strachem, niż rozsądkiem.
    Wyprowadził kilka ciosów, szpady spotykały się co chwila ze szczękiem, ale van Ruysdel przełamał napór przeciwnika i znów zepchnął go do tyłu.
    Jacque był przerażony. Wiedział, że Holender jest dobrym szermierzem, lecz nie spodziewał się, że będzie górował nad nim tak znacznie. Śmierć zbliżała się nieuchronnie z każdym nieudanym atakiem i z każdym ciosem wroga.
    Van Ruysdel zaatakowal ponownie. Nie miał zamiaru dawać Jacque'owi szansy na zebranie sił. Chwilę krążyli wokół siebie atakując, unikając i odskakując, aż wreszcie De'Vrie popełnił błąd. Dał się zwieść sztuczce Holendra i przygotował do zbicia ciosu w wykroczne udo, tymczasem van Ruysdel szybko poderwał ostrze. Szeroka, flamandzka szpada wbiła się w pierś Jacque'a i zaklinowała między żebrami.
    De'Vrie upadł na kolana zamroczony bólem. W głowie kołatała mu się tylko jedna myśl: madame myliła się. Nie został ugodzony w oko.
    Van Ruysdel wyrwał broń zamaszystym ruchem. Jacque jęknął i prawie runął na twarz, a przeciwnik stał nad nim, spokojnie wycierając szpadę. Mówił, co chwilę szczerząc zęby, ale De'Vrie nie potrafił usłyszeć słów. Na razie jeszcze żył. Przepowiednia myliła się. Przepowiednia się myliła! Zrozumiał, że mógł wygrać z van Ruysdelem, a padł tylko dlatego, że walczył gorzej. Nie z powodu egipskiej magii. Mógł jeszcze zwyciężyć, wylizać się z ran, zostać generałem, jak widział we śnie. Przecież sny nigdy się nie myliły!
    De’Vrie, półprzytomny z bólu i zdesperowany, zerwał się, mierząc szablą w szyję wroga. Atak był tak niespodziewany, że Holender aż cofnął się i potknął. Odruchowo wyciągnął szpadę w stronę przeciwnika, a głowa Jacque'a nadziała się na ostrze jak na rożen.
    Bascon krzyknął i schował twarz w dłoniach.
    De'Vrie telepał chwilę nogami, aż w końcu znieruchomiał. Van Ruysdel wyciągnął szpadę z rany. Był całkiem blady i patrzył z niedowierzaniem na przebite oko Jacque'a. Chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie nadbiegł Cousto, by uścisnąć mu dłoń.
    – Jesteście wielkim szermierzem, kapitanie. I jeszcze doskonalszym strategiem.
    La Fochelle również się zbliżył. Próbował nie patrzeć na ciało.
    Van Ruysdel otrząsnął się.
    – Kmiotku!
    Bascon podniósł opuchniętą od płaczu twarz znad zwłok pana.
    – Zabierz ciało kawalera De'Vrie na dół, do kościoła. Opłać pogrzeb i jedź sprzedać jego rzeczy. Za trzy dni musisz zwrócić nam dług. Rozumiesz?
    – Tak – rzekł Bascon przez ściśnięte gardło.
    – Wynocha!
    Gdy prowansalczyk oddalił się z martwym ciałem Jacque'a na plecach, Cousto klepnął van Ruysdela po ramieniu.
    – To było genialne, mon captain. Mistrzowski plan!
    – Nie przesadzaj, Cousto. Było jasne, że taki prostak jak De'Vrie, przesądny i łatwowierny, nie będzie zdolny do walki, jeśli się go odpowiednio postraszy. Zresztą wiele zawdzięczamy madame. Ta kobieta naprawdę wie jak wpływać na słabe umysły.
    – A jednak, kapitanie – rzekł La Fochelle – nie wszystko poszło dobrze. Przecież mieliśmy go nie zabijać! Po przeczytaniu listu powinien uciec z Paryża bez walki. Tufferand oszaleje, kiedy się dowie.
    Van Ruysdel wzruszył ramionami.
    – Stało się nawet lepiej. Tufferanda ukoi gruba sakiewka, a De'Vrie, nawet upokorzony, mógł nam wciąż przysporzyć kłopotu. Pomyśl trochę! Plotki mówią, że wkrótce jego brat przybędzie do Paryża i oświadczy się wdowie po baronie D'Estouville, która jest w nim beznadziejnie zakochana. Ślub będzie na pewno wkrótce potem, bo De’Vrie chce położyć rękę na majątku wdowy. Przy okazji zyska dostęp do jej bratanka, marszałka Tigellieu, który rozdziela stanowiska na bawarskim froncie. Marszałek, po ostatnich oskarżeniach o sprzedaż stopni oficerskich, musi udowodnić, że nie lekceważy zaściankowej szlachty i nie ogranicza się w awansach tylko do członków paryskich koterii. I w ten sposób, mój drogi, De'Vrie, choć słabego urodzenia, byłby idealnym kandydatem nawet na generała! Dobrałby sobie do sztabu ziomków z prowincji, a my biegalibyśmy dla nich z rozkazami. Chcesz tego, La Fochelle?
    – A jednak… Ciężko mi na sumieniu…
    Cousto roześmiał się.
    – Ciężko? Przestanie ci być ciężko, gdy drogi kapitan zostanie głównodowodzącym i mianuje cię pułkownikiem. Dwadzieścia tysięcy liwrów rocznego żołdu, monsieur La Fochelle. Czy to nie jest gra warta jednej śmierci?
    – Dość już gadania – przerwał van Ruysdel, wciąż nieswój. – La Fochelle, jedź do domu, poinstruuj służbę, że jakby co, cały wieczór graliśmy u ciebie w karty. Ja i Cousto musimy jeszcze pojechać do madame de La Croix, zapłacić resztę honorarium. W pełni sobie zasłużyła.
    Cousto skrzywił się.
    – Nie możemy tego zrobić jutro, monsieur van Ruysdel? – rzekł. – Teraz przydałoby się oblać nasze rychłe awanse!
    – Nie, Cousto. Madame ma swoje dziwactwa i lepiej to respektować, jeśli chcemy w przyszłości korzystać z jej usług. Prosiła, by koniecznie dostarczyć złoto przed godziną dziewiątą, i tak też zamierzam zrobić.
    – Bzdury! Dlaczego niby dziewiąta, nie dziesiąta?
    – Madame nalegała, więc nieroztropnie byłoby ją zawieść. Jedziemy. Na świętowanie przyjdzie czas potem.

***


    Godzinę później jechali niespiesznie Rue de Armes w gęstniejącym szybko, wieczornym półmroku. Stuk kopyt niósł się daleko bocznymi uliczkami. Cousto mówił cały czas, wyraźnie podekscytowany. Van Ruysdel milczał i wpatrywał się w grzywę karego wierzchowca. Dopiero co opuścili dom madame, a wizyta u niej wzbudziła w Holendrze niepokój. Dziwne uśmiechy starej oraz sposób, w jaki spojrzała na niego przy pożegnaniu, niosły w sobie niewysłowioną groźbę.
    Poza tym van Ruysdela prześladował widok kawalera De’Vrie, nadziewającego się na szpadę. Dlaczego akurat oko? Czyż nie tak brzmiała fałszywa przepowiednia, zamówiona za osiemset liwrów?
    Zegar na ścianie manufaktury muszkietów, którą właśnie mijali, zaczął wybijać dziewiątą. Ze środka budynku dochodziło wciąż monotonne staccato młotów. Cousto pogładził brodę i zwrócił się do towarzysza:
    – Hmmm… To był udany dzień, nie ma dwóch słów. A może, monsieur van Ruysdel, udałoby się nam wykorzystać madame, by wyeliminować z gry jeszcze młodego pułkownika D’Ertranda. Marszałek mógłby rozważać też jego osobę…
    Holender machnął ręką, wyraźnie rozdrażniony tematem.
    – Daj spokój, Cousto. Nie zamierzam wymordować połowy francuskich oficerów.
    – Ale gdyby tak…?
    Zajęci rozmową nie zauważyli osoby, która wyjechała zza rogu manufaktury. Mężczyzna ów był szczelnie owinięty granatowym płaszczem, a niebieskie oczy miał utkwione w plecach van Ruysdela. Jedną dłoń trzymał pod szatą, tymczasem drugą zaciskał kurczowo na wodzy.
    – Pozwolisz – powiedział przyjacielowi Holender – że sam będę decydował, kto jest nam przeszkodą, a kto nie? Chyba, że chcesz…
    Tutaj urwał, bo ukłuło go jakieś złe przeczucie. Dopiero teraz, wśród hałasów manufaktury, usłyszał stuk kopyt, który rozbrzmiewał z tyłu. Odwrócił się – o sekundę za późno.
    Huk wystrzału odbił się echem od ścian i zmieszał z ostatnim uderzeniem zegara.
    Cousto przerażony patrzył, jak van Ruysdel upada z siodła, trafiony kulą w skroń. Jego zabójca tymczasem opuścił dymiący pistolet i lewą ręką wyrwał zza pasa drugi. Cousto schylił się i zerwał konia do biegu.
    Padł następny strzał.
    Francuz szarpnął się, gdy kula strzaskała mu łopatkę i wyszła piersią. Krzyknął, a potem spadł z siodła. Uderzył o bruk ciężko, jak worek ziemniaków. Jego wierzchowiec uciekł, a Cousto wił się jeszcze chwilę, aż w końcu umarł.
    Morderca siedział sztywno w siodle, spowity chmurą prochowego dymu. Patrzył na ciała, jakby napawał się ich widokiem. Dopiero krzyki ludzi, którzy wybiegli na ulicę z manufaktury, sprawiły, że zerwał konia do galopu i zniknął w bocznej uliczce.
    Jadąc, Teobald De'Vrie odgarniał co chwila złote loki, które spadały mu na oczy. Choć pomścił swojego bliźniaka, wciąż czuł tylko ściskającą serce żałość. Przeklinał się, że nie był na miejscu, gdy nadszedł feralny list. Gdyby nie zatrzymał się w gospodzie, gdyby był wtedy przy Jacque'u, z pewnością nie doszłoby do nierównego pojedynku. A tak? Zastał tylko pusty dom i zapłakanego Bascona.
    Teraz pozostawało zawiadomić o wszystkim wdowę D’Estouville, a potem uciekać z Paryża. Kompani van Ruysdela będą pragnęli zemsty.

***


    Madame de La Croix piła swoją wieczorną herbatę z porcelanowej filiżanki i patrzyła przez okno na ogród. Była zadowolona, ubiła świetny interes. Najpierw osiemset liwrów od van Ruysdela, potem czterysta od biednego kawalera De’Vrie. A jutro jeszcze przyjdzie kalwer La Fochelle, by poznać imię zabójcy swoich przyjaciół. W drzwiach minie się z Teobaldem De'Vrie, który będzie chciał wiedzieć, gdzie znajdzie najlepsze schronienie przed pościgiem.
    Oczywiście złoto, które zarobiła na tych ludziach, było okupione krwią trzech, a może i czterech osób. Jednak madame się tym nie przejmowała – w końcu van Ruysdel to zwykła kanalia. Natomiast Cousto i De’Vrie... Oni byli niedowiarkami i jak najbardziej zasłużyli na swój los.
    Pomarszczona twarz damy ściągnęła się, a jej ręka pogładziła amulet. Madame de La Croix nienawidziła niedowiarków bardziej niż czegokolwiek innego. W końcu odbierali jej pracę.



Słowa kluczowe:

Krzysztof Piskorski, Przepowiednia madame de La Croix

Powiązane artykuły:

» Wywiad z Krzysztofem Piskorskim
» Krawędź czasu - Krzysztof Piskorski (recenzja - baczko)
» Burza mózgów #1
» Zadra - Krzysztof Piskorski
» Zadra. Tom 2 - Krzystof Piskorski (recenzja - Rafał 'Capricornus' Śliwiak)

Powiązane noty:

» Księga wojny
» Krawędź czasu
» Wolta
» Zadra. Tom 2
» Zadra. Tom 1

Powiązane wieści:

» Przepowiednia madame de La Croix - opowiadanie autorstwa Krzysztofa Piskorskiego!
» W hołdzie Lemowi
» Piskorski i Domagalski w TOK FM
» Krzysztof Piskorski o Krawędzi czasu
» Wywiad z Krzysztofem Piskorskim


Waszym zdaniem...

anna.tess
Ocena:
0
(+1) [troll]
W trakcie czytania jestem, a potem pewnie zapomnę ;-)

– Mon cher! Cała pula moja! – powiedział kapitan i zgarnął monety na bok. – Razem ze wczorajszą przegraną winny mi jesteś jeszcze tysiąc liwrów.


----> kursywa trochę zaszalała i objęła "powiedział" ;-)
13-04-2011 18:05
DevilaN
Ocena:
0
(+1) [troll]
Fajne! :D
13-04-2011 18:09
Scobin
@anna.tess
Ocena:
0
(+1) [troll]
Odkursywione. ;)
14-04-2011 11:36
anna.tess
Ocena:
0
(+1) [troll]
No, a teraz znalazłam chwilę i doczytałam do końca :-)

Bardzo mi się podobało :-)
15-04-2011 23:59
Ungard Handwick
Ocena:
0
(+1) [troll]
No, niezłe :)
Do ostatniego momentu zastanawiałem się czy ta przepowiednia się spełni czy nie, licząc na jakiś cud. Podoba mi się styl - dobrze się czyta.
Poza tym nie wiem czemu, ale uwielbiam długie odautorskie wstępy, więc czytałem ten tekst z największą przyjemnością.
Dzięki

16-04-2011 12:15
~Tzar

Użytkownik niezarejestrowany
Ocena:
0
(+1) [troll]
Dopiero teraz znalazłem chwilę, by przeczytać tekst. Podobało mi się, aczkolwiek żadnego zaskoczenia fabularnego nie było.
21-04-2011 10:24






Konto Polter Plus

Księgarnia

Apostoł demona
Krucha równowaga pomiędzy kościołem, a państwem legła w gruzach. Widmo wojny domowej prześladuje spustoszoną krainę - i...

cena: 36.00 zł
cena: 33.00 zł
zamów!

Konkurs

Blogują

23 V :: oddtail :: Spektakle "Teatru Kontrapunt... (0)
23 V :: Blanche :: Gotta catch’em all! (11)
23 V :: Inkwizytor :: Kugiel marchewkowy (2)
23 V :: Kuźnia Gier :: Gra Roku 2012 (4)
23 V :: Amdir :: Z niewielką pomocą... (12)
23 V :: Vermin :: Arena gladiatorów #1 (5)
23 V :: de99ial :: Niekończąca się radioaktywno... (0)
23 V :: Ninetongues :: BZRK (9)
23 V :: Kastor Krieg :: Shangri-La Hive Party! (9)
22 V :: zigzak :: Upadek: Kroniki Dnia Ósmego #... (28)

Na forum

avatar Odpowiedzi: 13
Ostatni post: Aszhe
avatar Odpowiedzi: 57
Ostatni post: Aszhe
Odpowiedzi: 0
Ostatni post: kinguszka
Odpowiedzi: 27
Ostatni post: Bergho
Odpowiedzi: 615
Ostatni post: gacoperz

Najaktywniejsi

avatar
1. Asthariel
471 pkt.
avatar
2. baczko
370 pkt.
avatar
3. lmn
112 pkt.
avatar
4. Qbuś
100 pkt.
avatar
5. Zicocu
90 pkt.
avatar
6. cichutko
88 pkt.
avatar
7. mr_mond
78 pkt.
avatar
8. night-wind
75 pkt.
avatar
9. Edgar Allan
55 pkt.
avatar
10. earl
50 pkt.
» Więcej o punktach

Facebook