Sztampa też bywa przyjemna
Autor:
Michał 'M.S.' SmętekRedakcja: Beata 'teaver' Kwiecińska-Sobek

Dotychczas to głównie Rosjanie kojarzyli mi się jako ci, którzy dopisują kolejne strony do historii Śródziemia, czego dowodem są wszystkie nieoficjalne kontynuacje
Władcy Pierścieni, jak chociażby trylogia
Pierścień Mroku Nika Pierumowa czy
Ostatni Powiernik Pierścienia autorstwa Kiryła Jeskowa. Akcja
Powrotu Orków pióra niemieckiego fantasty Michaela Peinkofera – bo tę właśnie pozycję mam przyjemność recenzować – nie toczy się co prawda w uniwersum, jakie znamy z dzieł Tolkiena, ale w niejakim
Amberze. Jednakże, jest to szczegół, bo podczas lektury ani przez moment nie miałem wątpliwości, skąd autor czerpał inspiracje.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Świat wykreowany przez Peinkofera zamieszkują ludzie, elfy, krasnoludy, gnomy no i oczywiście orkowie. Dawniej wszystkimi ziemiami rządzili
"mądrzy i sprawiedliwi elfi królowie", ale po serii dwóch wielkich wojen cała rasa spiczastouchych zniechęciła się do Amberu i powoli opuszcza kontynent, kierując się w stronę zamorskiej
"krainy szczęśliwości" (brzmi znajomo, prawda?). Głównymi bohaterami jest para orczych braci, który na wskutek niedopełnienia swych obowiązków zostali wysłani na wyprawę, której celu – a także tego, jak się potoczyła – nie zdradzę, by nie psuć wrażeń z lektury. A działo się niemało, jako że nasi orkowie przemierzyli kawał kontynentu, mieli okazję spotkać wiele osobistości z całego świata oraz stoczyć niemałą ilość walk z nader licznymi przeciwnikami, w tym z olbrzymim pająkiem, niestety pozbawionym grozy i wdzięku Szeloby.
Jeśli ktoś zainteresował się tą pozycją wiedziony nadzieją na świeże spojrzenie na literaturę
fantasy poprzez ukazanie klasycznego konfliktu dobra ze złem z innej perspektywy, to niestety muszę go rozczarować.
Powrót Orków to jedna z bardziej sztampowych książek, jakich miałem w ręce. Peinkofer powybierał z prozy Tolkiena najbardziej odpowiadające mu elementy, jak na przykład elfy i ich rola w świecie, motyw drogi czy znane wszystkim miłośnikom
fantasy twierdzenie, że
"nawet niepozorne istoty są zdolne do wielkich czynów". Dodał do tego wiele własnych (trzeba dodać ciekawych, choć w żadnym wypadku nie nowatorskich) pomysłów fabularnych, zmieszał to wszystko i w ten sposób powstała lekka, wciągająca powieść, która – gdyby nie humor autora – łatwo zaginęłaby wpośród masy innych, podobnych sobie książek.
Z pozoru wrażenie to ratują główni bohaterowie, a mianowicie para dość stereotypowych orków, posiadających większość przywar swej rasy. Faktycznie pomysł uczynienia bohaterami klasycznej powieści
fantasy istot mroku i dania im sposobności na uratowanie świata może wydawać się mocno przewrotne i dotąd niespotykane, zwłaszcza że ani Balbok, ani Rammar (bo tak zwą się owi orczy bracia) nie zanotują żadnej głębokiej przemiany, która tłumaczyłaby jeszcze ten krok. Niestety, to jedyny oryginalny zamysł, bowiem reszta elementów powieści jest – co już podkreśliłem – do bólu sztampowa. Szczególnie widać to w finale.
To wszystko nie znaczy jednak, że
Powrót Orków jest powieścią złą i wtórną. Broni się przede wszystkim niezwykłą wprost lekkością i humorem (mocno rubasznym, trzeba przyznać), które sprawiają, iż utwór ten
"połyka się" z imponującą szybkością. Trzeba przy tym dodać, że choć fabularnie mało oryginalnie, Peinkofer z powodzeniem snuje ciekawą opowieść. Dzięki temu
Powrót Orków jest nawet kuszącą propozycją dla wszystkich tych, którym jeszcze nie znudziły się klasyczne historie z wyprawą poprzez pół kontynentu i złowrogim cieniem wiszącym nad całym światem.
Kolejnym walorem są bohaterowie. Wszystkie postacie to wyraziście wykreowane i plastycznie przedstawione sylwetki, dzięki czemu łatwo się z nimi zżyć, szczególnie z dwoma głównymi bohaterami, których rozwój stosunków między nimi z przyjemnością śledziłem przez całą lekturę. Nieco gorzej wypadają adwersarze, ale jako że szybko pogodziłem się, iż powieść ta jest wyłącznie lekkim czytadłem, nie przeszkadzało mi, że nie mają w sobie wiele ze złowrogości.
Wydanie jest po prostu znakomite. Trudno nie docenić wspaniałej oprawy graficznej, w tym ładnie wykonanej mapki krainy, dzięki której łatwo przyszło mi śledzenie losów bohaterów. Nie w sposób też nie docenić dużej i czytelnej czcionki, która sprawiła, że czytanie w autobusie nie było zbyt uciążliwe. Nie bardzo jest się też gdzie przyczepić do warstwy edytorskiej, bo choć pojawia się kilka błędów, to jednak ich ilość nie przekracza ogólnie przyjętych norm.
Podsumowując, najnowsza wydana u nas powieść Peinkofera to miłe czytadło, które niejednemu miłośnikowi
fantasy z pewnością umili czas między poważniejszymi lekturami. Polecam wszystkim tym, którym jeszcze nie znudziła się proza w stylu Tolkiena i mają ochotę na coś naprawdę lekkiego.
Waszym zdaniem...
Dodaj swoją opinię...