Autor:
Ewa 'senmara' MarkowskaRedakcja: Michał 'M.S.' Smętek

Dosyć długo tkwiłam w horrorach, zanim zaczęłam czytać coś, co swobodnie mogę nazwać fantastyką nie przynależącą do mojego ulubionego gatunku. Aż dziw bierze, jak dużo poznałam powieści Kinga, Barkera czy Mastertona, nim sięgnęłam po
fantasy. Do dziś moje zwyczaje czytelnicze nie wykraczają zbyt często poza granicę grozy, ale od czasu do czasu świadomie sięgam po coś innego. Zawsze przeżywam wtedy chwilę miłego zaskoczenia, bowiem książki te mają dla mnie niesamowity urok nowości. Kiedyś byłam zafascynowana
Smokami jesiennego zmierzchu, chociaż to książka napisana na podstawie sesji RPG i wytrawni znawcy gatunku
fantasy mogą ją ocenić dosyć nisko. Jednak kiedy czyta się ją po raz pierwszy i jako pierwszą lekturę tego rodzaju, świat smoków i drużyny wyruszającej w podróż jest niesamowity.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
W każdym razie, gdy rzucę na bok krwawe horrory i sięgnę po fantastykę nie będącą grozą, książka taka ma zawsze dobrą pozycję wyjściową, bo podejdę do niej z całym pragnieniem przeczytania czegoś innego. Urok nowości i chęć przeczytania książki
"z innej beczki" stawia daną pozycję na dobrym miejscu startowym. Tak też było z powieścią Piotra Rogoży
Po spirali. W tym przypadku duży wpływ miał także fakt, że autor jest Polakiem, historia rozgrywa się w małym miasteczku o swojskiej nazwie Cielęcin, a zapowiedź na okładce sugerowała absurdalny humor. Zatem, czy gdy wygrzebałam się spod hałdy mrocznych i niepokojących powieści, które pochłaniałam w czasie zimowych wieczorów, mogłam wybrać lepiej niż
Po spirali? Jak się okazało, tak, mogłam, ale nawet jeśli książka nie spełniła moich oczekiwań, to także nie zawiodłam się na niej do końca.
Utwór ten jest pogodną
urban fantasy, rozgrywającą się w małym, prowincjonalnym miasteczku. Bohaterowie to bliscy przyjaciele, grupka osób, którą łączy szkoła, przyjaźń i wspólne granie w RPG. Główny bohater, Modrzew, jest narratorem i jednocześnie centralnym punktem wiru zdarzeń, które opisuje. Za duży plus uważam to, że autor nie koncentrował się nadmiernie na tej postaci. Inni bohaterowie nie zostali potraktowani po macoszemu i każdy z nich miał swoje miejsce na stronach książki.
Świat przedstawiony jest swobodną wariacją naszej rzeczywistości. Co tu kryć: mi osobiście wydaje się, że grupka licealistów biegająca samopas po mieście, Modrzew mieszkający w domku na działce, zdawałoby się bez żadnego nadzoru ze strony rodziców za to ze znaczną ilością wolnego czasu i pieniędzy na alkohol, to raczej nie jest zbyt realne. Ale z drugiej strony jest to powieść fantastyczna, z istotami nadprzyrodzonymi i zdarzeniami, których na próżno szukać w świecie rzeczywistym, jak chociażby rpgowiec mający dziewczynę (żartowałam, chociaż nie do końca). Mój zarzut raczej odnosiłby się do tego, że te fantastyczne zdarzenia i postaci wydawały mi się dość luźno zakotwiczone w przedstawionym świecie, przez co nie wpływały na niego w zbyt dużym stopniu. Ot, były sobie, a cała reszta pozostawała taka sama, jak w "normalnej" rzeczywistości. Gdy czytam Pratchetta czy Gaimana, zauważam podobny melanż – w świecie, zdawałoby cię rzeczywistym, lub będącym jego odpowiednikiem – są osadzone postaci lub zdarzenia nadnaturalne. Ale są one przedstawione w taki sposób, wykorzystują takie elementy popkulturowe, że czytelnik jest pełen podziwu dla geniuszu i zarazem prostoty
"wykonania". W przypadku powieści Rogoży czytelnik odnajduje symbole, zauważa elementy nadnaturalne, ale brakuje pewnego rodzaju
"współdziałania" miedzy światem rzeczywistym a wprowadzonymi rzeczami nadnaturalnymi.
Powieść od samego początku wydawała mi się być czymś, co skojarzyłam ze
Smokami jesiennego zmierzchu – czyli zapisem sesji RPG. I to nie chodzi wcale o fakt, że bohaterowie grywają, ale o to, iż gdyby Mistrz Gry miałby poprowadzić sesję w małym miasteczku dla swoich graczy, przy założeniu
"zagrajmy samych siebie", to ta sesja pewnie tak by właśnie wyglądała. Dodatkowo, w przypadku kiedy MG, który ma sprawny warsztat, redukuje zbędne elementy i ma lekkie pióro, chciałby całość spisać, to otrzymalibyśmy właśnie taką książkę, jak
Po spirali. Swoją drogą, można by było wskazać te miejsca, w których akcja sesji wymagała udanego rzutu kostką.
Bardzo dobrze oceniam wydanie. Nie jest to co prawda twarda oprawa i rysunki Luisa Royo, ale to byłby przerost formy nad treścią. Bardzo lubię przejrzystą czcionkę i odpowiednio szerokie marginesy, które nie wymagają rozłożenia książki
"na płasko", bo inaczej nie da się czytać wyrazów przy zszyciu. Nie sądzę również, żeby książka była podatna na kilkukrotne czytanie.
Powieść czyta się łatwo i przyjemnie. Bardzo spodobał mi się sposób tytułowania rozdziałów oraz tempo nie ograniczane przez długie opisy. Pozycja ta oferuje dobrą rozrywkę na jeden wieczór; tylko tyle, bo nie jest zbyt długa. Inna sprawa, że czytelnicy szukający głębszych treści mogą poczuć się bardzo zawiedzeni. Jest to typowa literatura rozrywkowa: z humorem, szybką akcją i bez zbytnich zawirowań fabuły. Tak naprawdę, po pewnym czasie w pamięci pozostaje tylko kilka motywów i zarys niezbyt skomplikowanej akcji. Zakończenie podobało mi się najmniej, a raczej nie podobało mi się wcale. Niestety, pod koniec książki zupełnie przestało mnie interesować, co się stanie z bohaterami i nawet swobodny styl autora nie zdołał podtrzymać gasnącego płomyczka zainteresowania.
Według mnie jest to średni pomysł przy całkiem udanym wykonaniu. Nic nowatorskiego, nic zapadającego na dłużej w pamięć. Powieść przyjmuje się bez większych refleksji, czytelnik jest po prostu obserwatorem, gdyż przyjmowana treść nie wymaga żadnej
"obróbki" umysłowej. Oczywiście, jest mnóstwo takich książek, bo nie każdy musi od razu pisać dzieło powalające na kolana. Mam nadzieję, że następne pozycja spod pióra Piotra Rogoży będą bardziej dopracowane pod względem fabuły, bo to, co według niektórych najważniejsze, czyli umiejętność sprawnego pisania, już posiada.
Waszym zdaniem...