Strasznie dobry numer?
Autor:
Staszek 'Scobin' KrawczykRedakcja: Bartłomiej 'baczko' Łopatka

Najnowsze wydanie
Nowej Fantastyki reklamuje hasło:
"STRASZNIE dobry 350 numer". Z jednej strony jest ono sygnałem jubileuszu, z drugiej – można w nim odczytać zapowiedź tematyki numeru. W praktyce wszakże z konwencją grozy wiążą się tylko dwa artykuły, jedna recenzja i jeden felieton, toteż zarówno samo hasło, jak i omackowaną okładkę potraktować wypada dość umownie. No i rzecz najważniejsza: jakość numeru nie jest tak wysoka, jak sugerowałoby słowo "strasznie", aczkolwiek nie żałuję czasu przeznaczonego na lekturę.
W części publicystycznej odnajdziemy cztery felietony. Zgadzam się z Jakubem Ćwiekiem, że kino nie powinno zaniedbywać fabuły; cenię sobie ironię Petera Wattsa; zastanawia mnie wizja rzeczywistości rozszerzonej, którą przedstawił Rafał Kosik; celnej pointy gratuluję Łukaszowi Orbitowskiemu. Można również przeczytać krótkie, ale treściwe i dobrze napisane artykuły o Elvirze (czyli
"Świętym Mikołaju Halloween"), o zabójstwie prezydenta Kennedy’ego i jego konsekwencjach dla popkultury (niedawno premierę miała powieść Kinga
Dallas ‘63 dotycząca tego wydarzenia), a także o historii postaci Tintina (film już na ekranach kin). Nie zabrakło też recenzji – jedna z nich zachęciła mnie do zainteresowania się serialem
Goście (
V). Dla miłośników
fantasy smacznym kąskiem będzie dołączony do pisma polski przekład jednego z rozdziałów
Tańca ze smokami George’a R.R. Martina.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Czas przyjrzeć się działowi prozy polskiej.
Za garść zbawienia Bartosza Orlewskiego to przede wszystkim brudny western, ale również – zgodnie z sugestywnym, choć dziwnie brzmiącym tytułem – alternatywna interpretacja chrześcijańskiego obrazu Boga i wiary, przechodząca w zaskakującą metafizykę. Historia rewolwerowca, który przybywa z niezwykłym zadaniem do Miasteczka Wszystkich Miasteczek, jest opowiadaniem przyzwoitym, z całkiem sprawnie poprowadzoną fabułą oraz dość ciekawie nakreślonymi postaciami protagonisty i jego głównych przeciwników, nieźle operującym niedopowiedzeniami i przemilczeniami. "Całkiem", "dość" i "nieźle", bowiem nie ma tu nic wybitnego; tekst zasługuje jednak na przeczytanie. Zaraz potem następują
Miniatury literackie Grzegorza Janusza, czyli dziewięć parozdaniowych opowiastek z nieoczekiwanymi pointami. Mniej więcej połowę z nich oceniam wysoko, ponieważ nie tylko zaskakują, lecz także zachęcają do refleksji. Pozostałą część zapewne bardzo szybko zapomnicie.
Boleśnie rozczarowały mnie
Korale Anny Dominiczak – utwór, który zajął równorzędne trzecie miejsce w konkursie "Władcy Słów". Przerysowane postacie (antagonista jest wręcz karykaturą), bardzo prosta wymowa całego tekstu, atak szczerości w scenie seksu mający wyjaśnić czytelnikowi niespecjalnie kreatywną fabułę (swoją drogą, jedno z kochanków podczas gry wstępnej posługuje się pełnymi, poprawnymi, literacko skonstruowanymi zdaniami – godne podziwu opanowanie), wreszcie bardzo niepokojąca, a zaprezentowana z aprobatą wizja kobiecości i męskości, tudzież równie dziwaczne przedstawienie relacji między matką a córką… Słowem, opowiadanie nieudane. O wiele lepszy jest
Wampir ze Śląska Łukasza Henela: na zaledwie czterech stronach autor zdołał zawrzeć subtelnie przygotowany zwrot akcji, który pozwala na zdumiewającą reinterpretację słynnych zabójstw kobiet z okresu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zmiany narratorów i punktów widzenia pomagają budować napięcie, które nie znika do samego końca.
Wampir ze Śląska to najlepiej opowiedziana historia w całym numerze i wielu pisarzy mogłoby się z tego utworu niemało nauczyć.
Dział prozy zagranicznej rozpoczyna tekst Davida Molesa
W magicznym królestwie, oparty na znakomitym pomyśle: żeby spłacić długi, mieszkańcy przyszłej Ziemi podpisują umowy na przeniesienie świadomości do wirtualnego MMORPG, które wielokrotnie przerosło
World of Warcraft. Początkowe sceny, w jakich szybko uświadamiamy sobie, że kiczowate scenerie i absurdalnie skomplikowana Smocza Mowa (język wymyślony przez kogoś na potrzeby gry) są tłem dla prawdziwych ludzkich dramatów, mogą naprawdę pobudzić do myślenia. Szkoda, że pisarz w drugiej połowie opowiadania wybiera drogę piętrowych komplikacji fabularnych, których głównym efektem jest wtórność; niemniej dla tych pierwszych kilku stron stanowczo warto zapoznać się z utworem.
Dwa kolejne, krótkie teksty autorów spoza Polski,
Osy kartografowie i pszczoły anarchiści (Eugenia Lily Yu) oraz
Karma (Christopher Moore), nie wydały mi się zbyt ciekawe. W pierwszym występują jedynie postacie epizodyczne, zmieniające się ze sceny na scenę; nie jest to opowieść o bohaterach, tylko o społecznościach oraz ideach. Można ją uznać za zdystansowaną i pod pewnymi względami krytyczną charakterystykę pewnych ustrojów i koncepcji politycznych, ale w sposobie ich przedstawienia nie znalazłem niczego, co zachęciłoby mnie do spojrzenia na nie z nowej strony. Jeżeli pod pomysłami autorki kryje się drugie dno, to niestety nie zdołałem go dostrzec. Z kolei w
Karmie postacie pierwszoplanowe zagarniają dla siebie całą akcję, ale jest to opowiadanie doskonale przeciętne, nie stanowi wyzwania dla przyzwyczajeń czytelnika. Ze wszystkich utworów, z którymi miałem okazję się zapoznać w tym wydaniu
Nowej Fantastyki, właśnie ten przypuszczalnie pozostanie mi w pamięci najkrócej.
Zawartość działów prozatorskich wydaje się nierówna: jeden tekst świetnie skonstruowany, jeden porządny, jeden po części twórczy, po części wtórny, jeden fatalny, dwa raczej średnie. Wszelako znacznie gorszym wariantem byłoby dla mnie sześć opowiadań przeciętnych, czyli takich, o których nie byłoby powodu pisać i mówić. W połączeniu z niezłą publicystyką przekłada się to na nie najgorszą notę końcową, ale czekam na więcej. W grudniu będziemy mieli okazję czytać wspólny dodatek
Nowej… oraz Narodowego Centrum Kultury, wydany z okazji 30 rocznicy stanu wojennego; liczę na to, że będzie ciekawie.
Waszym zdaniem...