» Artykuły » Fragmenty książek » Korzenie niebios - Tullio Avoledo

Korzenie niebios - Tullio Avoledo

Korzenie niebios - Tullio Avoledo
Od dłuższego czasu przed wejściem do katakumb nikt się już nie pojawiał. W oddali, nad zamarzniętą tundrą, która niegdyś była urodzajnym wiejskim terenem wokół Rzymu, nie unosiła się już żadna chmura pyłu.
Informacje o tym, co robiono uchodźcom, musiały jakoś przeciec. Może ktoś podejrzał „selekcję” z ukrycia. Albo ludzie przestali po prostu wychodzić z miasta. Sytuacja w katakumbach stawała się krytyczna. Wszystkie sklepy i domy w okolicy zostały już doszczętnie ograbione. Półki dwóch najbliższych supermarketów były puste, a ekspedycje do dalszych sklepów wróciły z pustymi rękami. Stu piętnastu mieszkańców katakumb Świętego Kaliksta zdanych było na coraz ostrzejsze racjonowanie żywności. Chodziły słuchy, że ktoś przygotowuje plan przeżycia przewidujący spożycie ludzkiego mięsa. Ale plotki na tym nie poprzestawały: szeptano, że w rejonach zamieszkałych przez szefów podawano czasami „dziwne mięso”.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Naturalnie były to tylko plotki.
Naturalnie.
I nagle, jednego dnia, wszystko się zmieniło.
Ludzie z Watykanu przybyli o świcie w kolumnie dwunastu wojskowych ciężarówek prowadzonych przez samochód pancerny z wymalowanym biało-żółtym godłem, którego nikt ze strażników nie był w stanie rozpoznać.
Kolumna zatrzymała się trzydzieści metrów przed wejściem do katakumb. W ciszy słychać było tylko stłumiony warkot silników diesla wypuszczających w mroźne powietrze powolne chmury spalin.
Szyby samochodów były ciemne. W środku nie było nic widać. Ta nieruchoma scena trwała bardzo długo, gdy tymczasem dwaj strażnicy przy bramie robili się coraz bardziej nerwowi. Trzeci pobiegł na dół zawiadomić szefów.
Minęło dziesięć minut. Z końca kolumny wyjechało czarne auto z dwiema chorągiewkami na masce, na których widniał identyczny biało-żółty symbol jak na wieżyczce pojazdu pancernego.
Auto wyglądało imponująco. Wojskowy model Humvee. Brzydki, złowrogi jeep, pasujący bardziej do Schwarzeneggera niż do mężczyzny, który z niego wysiadł, czepiając się kurczowo drzwiczek i zeskakując z zewnętrznego stopnia na ziemię.
Miał na sobie nieskazitelnie biały plastikowy kombinezon przeciwpromienny. Na głowie mały hełm z tego samego tworzywa, z ciemnym wizjerem.
Ze swoją tuszą wyglądał jak człowieczek Michelina. Dwóm wygłodniałym strażnikom, którzy przyglądali mu się z niedowierzaniem zza krat, wydał się wręcz magicznym zjawiskiem. Nie zdziwiliby się bardziej na widok jednorożca.
– Witajcie, dzieci. Co słychać? – zapytał, a jego głos popłynął przez głośnik na dachu jeepa.
– Jestem kardynał kamerling Ferdinando Albani, tymczasowy rektor Stolicy Apostolskiej. Przybywam, żeby odzyskać własność Kościoła.
– Tak? To spróbuj – ryknął ktoś w odpowiedzi.
Alessandro Mori, bo to on krzyczał, był faktycznym dowódcą okupujących katakumby Świętego Kaliksta. Był najstarszy i miał największą liczbę zwolenników, przynajmniej na razie. W drżącej dłoni trzymał pistolet sygnałowy. Broni było jak na lekarstwo: trzy karabiny i garś
naboi do każdego stanowiły cały arsenał broni strzeleckiej w podziemiach, jeśli nie liczyć starego pistoletu sygnałowego Very w ręku Moriego.
– Mam nadzieję, że nie będzie to konieczne, proszę pana – odpowiedział głos z megafonu. – Bo Kościół brzydzi się rozlewem krwi.
Gdy wymówił te słowa, z tylnej części jednej z ciężarówek wysiadł jakiś tuzin ludzi w kombinezonach przeciwpromiennych, tym razem nie białych, lecz w barwach ochronnych. W rękach trzymali długą broń o zabójczym wyglądzie: karabiny szturmowe z laserowymi celownikami.
Moriego i jego ludzi obsypały czerwone punkciki, jakby nagle zapadli na jakąś zakaźną chorobę. Każdy z tych punktów oznaczał wymierzony karabin: w czoło, w serce, w ramiona.
– Oczywiście, wybór należy do pana – oświadczył Albani z anielskim spokojem. – Co pan na to, żeby tu podejść i porozmawiać?
W tym momencie mogło się wydarzyć wszystko, i historia naszego małego oblężenia wyglądałaby inaczej. Była to chwila, w której mogło powstać wiele prawdopodobnych światów, zamiast tego, który był rzeczywistością. Niektóre z tych możliwych światów byłyby pewnie lepsze od naszego. Nigdy się tego nie dowiemy. Faktem jest, że Mori wetknął rakietnicę za pas i dał znak swoim ludziom, żeby otworzyli bramę. Ktoś podał mu plastikową płachtę, ale stary odepchnął ją gwałtownie.
Ruszył w stronę kardynała niedbałym krokiem chuligana z przedmieść, którym za młodu rzeczywiście był, nim wraz z synami i wnukami oddał się lukratywnemu handlowi kradzionymi autami i motocyklami na peryferiach metropolii.
Zatrzymał się dwa kroki przed Albanim. Przez ciemną grubą pleksi maski nie mógł dojrzeć oczu kardynała. Gdyby mógł je zobaczyć, dostrzegłby, że nie był on znowu aż taki spokojny. Karabiny trzech strażników były wymierzone prosto w niego. Z całą pewnością był łatwym celem.
Kardynał przyjrzał się twarzy starego. Zobaczył na policzku brzydką bliznę po oparzeniu. Palce lewej ręki wydawały się zlane w bezkształtną, groteskową pięść.
Albani wyciągnął rękę. Stary jej nie przyjął. Splunął na ziemię.
– Zimno tu na dworze – powiedział kardynał.
– Przyzwyczaiłem się. Do rzeczy, bez ceregieli.
– Jak pan chce.
– Ty masz kombinezon, ja nie mam nic. Nie boję się umrzeć, ale nie mam czasu do tracenia tu, na zewnątrz. Więc mów, co masz do powiedzenia i zabierajcie się stąd. To miejsce jest nasze.
Albani pokręcił głową.
– Technicznie rzecz biorąc, jest inaczej. Katakumby Świętego Kaliksta są dla Kościoła miejscem świętym.
– Macie Watykan. Nie wystarczy wam? Za mało miejsca?
– Nawet za dużo. Szczególnie teraz, kiedy to już tylko radioaktywne open space. Watykan nie istnieje. To już tylko spalona ziemia.
– Wasz pieprzony interes.
– Spędziliśmy pół roku w podziemiach Zamku Świętego Anioła.
– Mogliście tam zostać. Na pewną są wygodniejsze od naszego domu.
– To, co nazywacie waszym domem, jest własnością Kościoła.
– Już nie.
Albani nie odpowiedział. Patrzył tylko na starego. Mori przesunął dłoń w stronę paska. Na jego twarzy wykwitło natychmiast pięć czerwonych punkcików.
Uśmiechnął się.
– Na dole jest setka uzbrojonych ludzi. Jeśli nie wrócę za pięć minut, wyjdą i was sprzątną.
Albani podniósł rękę. Jego palec wskazujący poruszał się w przeczącym geście jak wahadło metronomu.
– Długo was obserwowaliśmy. Ludzi, którzy wychodzą, żeby… przyjąć uchodźców, jest tylko trzech. Zawsze ci sami. Karabiny też zawsze te same.
Albani wskazał na swoich ludzi, którzy klęczeli na jednym kolanie w pozycji gotowej do strzału.
– Żołnierze Gwardii Szwajcarskiej. Broń maszynowa w ich rękach to karabiny szturmowe M4. Wszystko, co mogę zobaczyć po waszej stronie to trzy strzelby i stary pistolet sygnałowy z wyposażenia łodzi. Sądzę, że używaliście go na stadionie, kiedy Roma strzelała gola…
– Lazio – warknął stary. Albani pokiwał głową. Rywalizacja tych dwóch piłkarskich drużyn wydawała się już tak odległa. Futbol był czymś z przeszłości, co miało stać się legendą, jak Atlantyda i cyklopy. To, że ktoś złościł się jako kibic, mogło być na swój sposób wzruszające, gdyby nie fakt, że tym kimś był odrażający starzec morderca.
„Cóż, nie pierwszy raz Kościół zniża się do rozmowy ze zbrodniarzem – pomyślał kardynał. – Dla dobra wyższego”.
– Przepraszam. Ja też jestem kibicem Lazio – skłamał.
Stary Mori spojrzał na niego nieufnie. Jego oddech, który zmieniał się w małe obłoki pary, zalatywał czosnkiem. Zęby miał w strasznym stanie.
Czerwone punkciki tańczyły na jego twarzy. Chwilami trafiały w oczy, i wtedy stary przymykał powieki z rozdrażnieniem.
Kardynał westchnął i zdjął ochronny hełm. Spocone włosy przykleiły mu się do skóry głowy. Przeszył go zimny dreszcz na mroźnym powietrzu. Pot od razu zaczął się zamieniać w lód.
– A wracając do poważnych rzeczy… – uśmiechnął się usiłując zachować przyjazny wyraz twarzy. – Dysproporcja między naszymi siłami jest oczywista. Moglibyśmy wejść bez trudu pomimo pana sprzeciwu.
– Spróbujcie tylko – rzucił wyzywająco Mori.
W swoim zachowaniu był jak pies, który broni kawałka mięsa przed innym bezpańskim psem.
Zresztą wszyscy staliśmy się nimi po Wielkiej Zagładzie.
Bezpańskimi psami.
– Proszę posłuchać – Albani pokręcił głową. – Dla nas alternatywą nie jest odejść lub zosta
. W ten czy inny sposób wejdziemy do katakumb.
Tagi: Tullio Avoledo | Korzenie niebios

0
Nikt jeszcze nie poleca tego artykułu.
Poleć innym ten artykuł

Komentarze Obserwuj


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.