Autor:
Klaudia 'Marigold' NajdowskaRedakcja: Beata 'teaver' Kwiecińska-Sobek

Dosyć niecierpliwie czekałam na najnowszą książkę Stephenie Meyer. Powodów było kilka. Przede wszystkim, miałam dużą frajdę z lektury sagi
Zmierzch, gdyż odpowiada mi styl Meyer – prosty język, w miarę logiczna czterotomowa opowieść, gwarantująca przyzwoitą rozrywkę na wieczór. Co więcej, zainteresował mnie opis fabuły
Intruza.
Świat opanowuje wróg, który przejmuje ciała i umysły ludzi. Melanie ucieka przed Łowcami dusz, ale zostaje schwytana i poddana operacji wszczepienia. W jej ciele zamieszkuje Wagabunda – dusza, która żyła w wielu światach. Z reguły ludzie poddają się bez walki, ale Melanie stawia wściekły opór. Kiedy Wagabunda przeszukuje jej wspomnienia w poszukiwaniu śladów prowadzących do innych rebeliantów, uwięziona dusza prezentuje jej obrazy ukochanego Melanie – Jareda. Wagabundę coraz bardziej intryguje mężczyzna i miłość. Zaczyna tęsknić... Pomimo ciągłych waśni i sporów, kobietę i duszę zaczyna łączyć wspólny cel – poszukiwanie Jareda.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
To kolejna książka Stephenie Meyer, w której podoba mi się sposób kreślenia portretów postaci. Cechy charakterystyczne nadaje autorka nie tylko Wagabundzie, Melanie czy Jaredowi, lecz także każdemu z ich towarzyszy.
Intruz pisany jest z punktu widzenia duszy – Wagabundy, która zostaje wszczepiona w ciało Melanie. Poznajemy jej wrażenia na temat świata ludzkiego. Razem z nią po raz pierwszy odczuwamy emocje, poznajemy, czym jest przyjaźń i miłość. Obserwujemy, jak uczy się życia, dokonuje codziennych czynności, jak reaguje na zagrożenia czy radzi sobie z niebezpieczeństwami. Jednocześnie, przez większą część książki jesteśmy świadkami walki, jaką toczy z Melanie. Kobieta nie poddaje się bez walki, nie daje się uciszyć, zepchnąć w daleki zakamarek świadomości. Zamiast udzielać Wagabundzie informacji o rebeliantach, dzieli się z nią wspomnieniami. Pozwala duszy poznać młodszego brata, Jakiego, i ukochanego, Jareda. Wagabunda zaczyna ich kochać na równi z Melanie i gnana jej tęsknotą wyrusza w podróż, by odnaleźć ludzi, których nie pokonali najeźdźcy. Trafia do obozu rebeliantów, a ci – mimo strachu i nienawiści – nie zabijają Wagabundy, ale postanawiają ją wykorzystać do walki z jej pobratymcami. Dusza, która nie znosi przemocy, stara się zdobyć zaufanie ludzi – zaczyna z nimi pracować, pomagać im, z niektórymi udaje jej się zaprzyjaźnić.
Stephenie Meyer udało się pokazać, w jaki sposób ludzie są w stanie zaakceptować inne istoty. Autorka ukazała małą, zamkniętą społeczność, która podejmuje beznadziejną, zdaje się, walkę z wrogiem. Tandem dusz akceptują niemal bez zastrzeżeń Jamie, który wierzy, że ukochana siostra musiała do niego wrócić, oraz wuj Melanie – Jeb. Mężczyzna musi stawać w obronie Wagabundy, gdyż w grupie znajdują się i tacy, którzy szukają kozła ofiarnego – chcieliby zabić kobietę, by zniszczyć duszę i zagłuszyć wyrzuty sumienia, gdyż nie ocalili ukochanych. Wrażenie stałego napięcia potęguje miejsce, w których rozmieścili obóz. Wnętrze góry, którego większość z nich nigdy nie opuszcza, rosnące poczucie klaustrofobii i lęku przed wegetacją i śmiercią. Meyer ukazuje nienawiść i lęk, by pokazać, że wszystko uda się zwalczyć miłością i przebaczeniem. Autorka pozwala nam obserwować bohaterów, poznawać ich decyzje, czyny oraz poświęcenie własnego istnienia w imię wyższych wartości.
Po raz kolejny muszę dopisać do listy pozytywów język. Mimo specyficznej tematyki, książka napisana jest w taki sposób, że bez problemów zrozumie ją każdy. Meyer uniknęła nadmiernego teoretyzowania, wyjaśniając wszystkie skomplikowane terminy. Każda z postaci wyraża się w typowy dla siebie sposób, nie brakuje celnych ripost, ostrej wymiany zdań, gwałtownych kłótni i czułych wyznań. Wszystko jednak podane w takiej ilości, by czytelnika nie zmęczyć, lecz zapewnić mu rozrywkę na jeden lub więcej wieczorów.
Wątków jest sporo, ale Meyer prowadzi nas przez kolejne w taki sposób, że żaden z czytelników się nie gubi, dając jednocześnie możliwość pełnego poznania każdej postaci. Lubię czytać i doceniam formę, w jakiej prezentuje mi się książkę. W
Intruzie bardzo podoba mi się sposób tytułowania rozdziałów. Każdy to jeden wyraz, który w jasny sposób, określa treść rozdziału, nie zdradzając jednak wszystkich tajemnic, jakie kryją kolejne strony. Polecam
Intruza tym, którzy cenią proste
science fiction, oraz lubią, gdy książka zapewnia miłą, lekką i przyjemną rozrywkę na wieczór, a od lektury nie wymagają słownictwa rodem z opracowań naukowych.
Waszym zdaniem...