Wielkie nieporozumienie
Autor:
Beata 'teaver' Kwiecińska-SobekRedakcja: Michał 'M.S.' Smętek

Neil Gaiman przyzwyczaił czytelników do tego, by oczekiwali po nim solidnej jakości – tak w kwestii tekstu, jak i zawartości intelektualnej. Z miłą chęcią sięgnęłam więc po jego nową książkę,
InterŚwiat, którą napisał wraz z innym autorem, uhonorowanym nagrodą Emmy Michaelem Reavesem, znanym z produkcji i scenariuszy do seriali animowanych z lat 90. (między innymi
He-man,
Spiderman Unlimited czy
My Little Pony), a także wielu powieści dla dzieci i młodzieży. Miłośnikom
Gwiezdnych Wojen, Reaves powinien kojarzyć się też z dylogią
MedStar i dwoma tytułami z serii
SW – Gwiazda Śmierci oraz
Darth Maul: Łowca z mroku. Można by więc spodziewać się po takim tandemie czegoś wyjątkowego i błyskotliwego, ale wygląda na to, że nisza wydawnicza, jaką jest rynek powieściowy dla młodzieży, pozostaje nadal pospiesznie zapychany głupiutkimi książeczkami o wątpliwej wartości poznawczej.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Fabuła jest banalnie prosta – mamy chłopca, Joeya, który niespodziewanie odkrywa w sobie rzadki dar, jakim jest możliwość podróżowania między wymiarami, i który od razu pakuje się w gigantyczne kłopoty. Rozwiązaniem tych kłopotów jest oczywiście heroiczna walka – tym razem o równowagę pomiędzy światami magicznymi i technicznymi. Nasz bohater początkowo dostaje bęcki, ale potem wyzbiera się i uratuje nie jeden świat, ale całe ich mnóstwo, dzięki swojemu sprytowi, inteligencji oraz pomocy grupy przyjaciół, a jakże! Na kartach książki okazuje się bowiem, że nasz bohater jest tylko jedną z wielu wersji Wędrowca, a w obozie mającym przygotować go do walki z przeciwnikami znajdują się inni „joeyopodoni”, osobnicy obojga płci, którzy początkowo nie darzą go zbyt dużą sympatią.
Językowo książka nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, ale jednak znalazłam kilka fragmentów, które zaskoczyły mnie niepomiernie – międzywmiarowe nigdzie-nigdzie jest przybliżane młodemu czytelnikowi za pomocą dość wyrafinowanych porównań, między innymi skojarzeń z dziełami Jacksona Pollocka (sic!). Rozumiem, że większość nastolatków wie, jak korzystać z przeglądarek internetowych, ale takie porównania w książce przeznaczonej dla tzw. młodszej młodzieży to chyba lekka przesada. W książce pojawia się też trochę pseudonaukowego bełkotu, ale w erze po Harrym Potterze takie stylizowanie języka na fachowy żargon w bajce dla dzieciaków to już chyba standard.
Nieprzypadkowo użyłam tutaj określenia "bajka", bo
InterŚwiat właśnie nią jest. Na końcu znajdziemy posłowie od autorów, którzy wyjaśniają, że był to ich wspólny, stary projekt serialu dla młodzieży, który nigdy jakoś nie doczekał się realizacji. I wydaje mi się, że powinien był on skończyć gdzieś na dnie bardzo przepastnej szuflady, bo mimo interesujących wizji hiperkolorowego międzyświata i egzotycznych postaci, książka nie zawiera niczego rewolucyjnego. Jakby tego było mało, dla kontrastu chyba wykorzystano najbardziej prymitywną symbolikę fantastyczną, jaka tylko była możliwa – zwykłe, a jednak wyjątkowe dziecko walczy o prawo do życia dla innych za pomocą pięści. Ja tego nie kupuję i myślę, że w dobie Internetu i szerokiego dostępu do bardziej ambitnej lektury młodsi czytelnicy też nie będą książką zbyt zachwyceni.
W książce jednak jeden element, który według mnie zasługuje na duże uznanie – tłumaczenie. Jest bardzo dobre, jak to zazwyczaj bywa u pani Pauliny Braiter, ale na wyjątkowe uznanie przekład zasługuje ze względu na wymyślne słownictwo, o którym wspomniałam powyżej.
W takim razie – dla kogo jest
InterŚwiat? Myślę, że dla dzieci w wieku lat 14 i poniżej, a miłośnikom Gaimana czytanie
InterŚwiata powinno być surowo wzbronione.
Waszym zdaniem...